Bystra, choć niewystarczająco zabawna, skupiona na motywie sukcesu komedia według scenariusza debiutującego Prestona Sturgesa.
Autotematyczna i niegroźna satyra na Hollywood, już u zarania funkcjonowania demaskująca i odbrązowiająca przemysł kinowy.
Staroświecki kryminał, w którym zbrodnia popełniona zostaje nie tyle przez seryjnego mordercę, co przez trio Hancock-Leto-Frazen.
Kino bardzo dobre i znakomicie zagrane, w pewnych partiach szalenie progresywne, w innych – do bólu konserwatywne.
Zabawna, pieprzna i niestety mizoginistyczna komedia przedkodeksowa, w której romantyczność zastępuje czysta lubieżność.
Małe wielkie kino o próbie spełnienia Amerykańskiego Snu w obliczu przemian kulturowych, społecznych i gospodarczych.
Kryminał spod znaku „kto zabił”, w którym na pierwszy plan wysuwa się inne pytanie: czy dojdzie w ogóle do jakiejś zbrodni?
Piękna, pełna życia, niuansów i skrajnych sytuacji historia miłosna, a przy okazji jeden z najdoskonalszych amerykańskich filmów 1930 roku.
Kino nijakie, zanurzone w burżuazyjnej dekadencji, zbyt abstrakcyjne, zupełnie tak, jakby jego surrealistyczne zacięcie było celem samym w sobie.
Pean na cześć amerykańskiej rodziny i domowego ogniska w obliczu żalu, samotności, strachu przed przyszłością, żałoby oraz ekonomicznych cięć czasu wojny.
Pozbawiony emocji romans pomiędzy kobietami duszącymi się w ciasnym gorsecie epoki, którym w miłość uwierzyć trzeba – i to literalnie – na słowo.
Wiele hałasu o nic: przygodowe kino science fiction o mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet; nie aż tak złe, jak mogłoby się wydawać.
