O matko i córko!
Nie Agatha Christie, nie J. K. Rowling i nie Danielle Steel. Najpopularniejszą dziś autorką jest pochodząca z Sulphur Springs w Teksasie (liczba ludności w tym miasteczku wynosi tyle mniej więcej, co populacja Ustronia, a to w kontekście amerykańskim oznacza jedno: mowa o pipidówce) i urodzona w 1979 roku Colleen Hoover. W czasie pandemii koronawirusa jej kolejne pozycje – emocjonalne historie o traumie, przemocy i stracie, czytane głównie przez kobiety będące fankami romansów o tak zwanym zabarwieniu obyczajowym i skupione wokół społeczności typu BookTok (na TikToku) i Bookstagram (na Instagramie) – przekroczyły pułap 20 milionów sprzedanych egzemplarzy, a w 2023 roku magazyn „Time” umieścił ją na liście stu najbardziej wpływowych osób na świecie.
Nic dziwnego, że prozą Hoover zainteresowało się Hollywood. Pierwszym filmem, jaki powstał na podstawie jej książki, był melodramat „It Ends with Us” (2024), dzieło ze wszech miar przeciętne i zwyczajnie konfundujące (wszystko przez przedziwną strukturę narracyjną i kuriozalne zwroty akcji), które wprawdzie zarobiło krocie, ale prawdopodobnie wnet popadłoby w zapomnienie, gdyby nie konflikt pomiędzy jego reżyserem, to jest Justinem Baldonim, a gwiazdą widowiska, czyli Blake Lively (w skrócie: ona zarzuciła mu niewłaściwe zachowanie na planie, na czele z molestowaniem seksualnym i przekraczaniem granic, na co on odpowiedział pozwem o zniesławienie, ostatecznie oddalonym przez sąd, a koniec końców oboje i tak zawarli ugodę zamykającą spór). W przypadku drugiego przedsięwzięcia, a mianowicie obrazu „Gdyby nie ty” (reż. Josh Boone, 2025), nieco tylko lepszego, ale za to opartego na ciekawszym wątku miłosnym (brawo, Mckenna Grace!), obyło się i bez kontrowersji, i bez jakiegoś spektakularnego sukcesu finansowego.
Podobnie sprawy mają się, jeśli idzie o podpisany przez Vanessę Caswill obraz „Reminders of Him. Cząstka Ciebie, którą znam” (2026). Film bez echa wszedł na ekrany i – choć oczywiście zwrócił się z nawiązką w kasach biletowych – bez echa z nich zszedł. Caswill, twórczyni mająca na koncie między innymi „Serce w chmurach” (2023) – urocze kino młodzieżowe, które nic sobie nie robi z inteligencji widza – w sposób na wskroś przezroczysty kreśli historię o tym, że każdy zasługuje na drugą szansę, w czym bynajmniej nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, iż zaczerpnięta z powieści Hoover anegdota po prostu ociera się o banał. To najwyraźniej wspólny mianownik łączący poszczególne adaptacje utworów beletrystki, co plasuje je wśród średniaków aspirujących do gry w najwyższej lidze.

Kenna Rowan (Maika Monroe; aktorka kojarzona raczej z horrorami, a nie z projektami na poziomie harlekina), odsiedziawszy swoje za nieumyślne spowodowanie śmierci chłopaka imieniem Scotty (pojawiający się w retrospekcjach Rudy Pankow), z którym uprzednio zaszła w ciążę, wychodzi z więzienia i wraca do Laramie w stanie Wyoming (mieścina dwukrotnie większa niż teksańskie Sulphur Springs), by poznać urodzoną za kratkami i zabraną jej przez władze córkę (Zoe Kosovic).
Wynająwszy pokój w przypominającym motel przybytku o nazwie Paradise (tak właśnie subtelny jest ten rajski film), Kenna rusza na poszukiwanie pracy. Sęk w tym, że takich jak ona, a zatem z brudną kartoteką, nikt nie zatrudnia. Wyjątek stanowi Ledger Ward (Tyriq Withers), były gracz futbolu amerykańskiego (występujący w NFL!), a obecnie właściciel lokalnego baru, który daje jej etat (a właściwie część etatu) na zmywaku.
Tak się składa, że Ledger nie jest byle kim. To najlepszy kumpel Scotty’ego, którego Kenna nigdy nie poznała (i, jak łatwo się domyślić, zawieszając przy okazji niewiarę, vice versa), robiący obecnie za przybranego ojca na poły osieroconej i wychowywanej przez dziadków dziewczynki (w role rodziców nieżyjącego mężczyzny wcielają się Lauren Graham i Bradley Whitford). I pewnie nic z tych rzeczy nie miałoby znaczenia, gdyby nie to, że Kenna i Ledger mają się ku sobie, a jej niedoszli teściowie chcą, by trzymała się od ich wnuczki z daleka.
Nie ma co się oszukiwać. „Reminders of Him. Cząstka Ciebie, którą znam” to okruchy życia, ale z pokaźnym budżetem (25 milionów dolarów), rozpoznawalną obsadą (vide: wspomniana już Monroe, jedna z królowych krzyku trzeciej dekady XXI wieku) i stojącą za przedsięwzięciem bestsellerową autorką. Bez tych pieniędzy, gwiazdy w czołówce i błogosławieństwa Hoover jest to oklepana opowieść o matce, którą pod koniec ubiegłego stulecia pokazano by w telewizji, niewykluczone, że we wtorkowym paśmie wieczornym. Trzeba mnóstwa dobrej woli, by przedrzeć się przez fabularne nieścisłości, absurdy i nic niewnoszące wątki (jasne, kotek słodki, ale z punktu widzenia rozwoju wydarzeń absolutnie zbędny), a także rozwiązania, których nadrzędnym celem jest konieczność zmanipulowania odbiorcy (co znamienne, reżyseria Caswill jest tu tak nijaka, że zamiar ten niemal natychmiast spala na panewce; innymi słowy – sterować emocjami oglądającego też trzeba umieć).
Malkontenci znajdą tu cały szereg sytuacji, na które można narzekać, ale czy to cokolwiek zmieni, a filmy na podstawie Hoover (tu odpowiedzialnej – wraz z Lauren Levine – za scenariusz) przestaną powstawać? Niekoniecznie. Wszak na horyzoncie jest już następna ekranizacja. Za kamerą „Verity. Coraz większy mrok” (2026) doświadczony Michael Showalter (patrz: recenzowane na Mocnych Punktach „Oczy Tammy Faye” z 2021 roku), a przed nią dwie aktorki z samych szczytów, czyli Dakota Johnson i Anne Hathaway. Czego się spodziewać? Biorąc pod uwagę, że Hoover jest niczym Harlan Coben, to dokładnie tego samego, co w „It Ends with Us”, „Gdyby nie ty” oraz „Reminders of Him. Cząstce Ciebie, którą znam”.



