Urodzony zwycięzca?

Dustin Boyd (Jake Johnson; znany między innymi z wyreżyserowanej przezeń „Samodzielności” z 2023 roku) był za młodu tenisistą tak obiecującym, że wróżono mu sukces na miarę – nie przymierzając – Andy’ego Roddicka, zwycięzcy wielkoszlemowego US Open AD 2003. Jego plany – a w zasadzie plany jego ojca Chucka (Ed Harris z „My Dead Friend Zoe” Kyle’a Hausmanna-Stokesa z 2024 roku) – spaliły na panewce wraz z doznaną w trakcie jednego z meczów kontuzją.

Wprawdzie kariery nie zrobił, ale – jak na faceta z ogromnym ego przystało – żyje wspomnieniem dawnej wielkości, które pielęgnuje w nim jego współpracownik PJ (Aaron Chen). Bo może i Dusty nie osiągnął sukcesu, ale przynajmniej znalazł zatrudnienie jako trener w elitarnym klubie zarządzanym przez… swojego tatulka. Sęk w tym, że starszy z Boydów gardzi nim, odkąd ten okazał się – przynajmniej w optyce mężczyzny – nieudacznikiem.

Chcąc na powrót zyskać w oczach nestora rodu, Dusty zgłasza się do pojedynku z dowodzonymi przez Skipa (Patton Oswalt) zwolennikami pickleballa, którzy – jako że też są członkami stowarzyszenia – roszczą sobie prawa do gry na większej liczbie kortów (obecnie mają do dyspozycji tylko jeden, i to taki w fatalnym stanie). Tak się niestety składa, że podczas rywalizacji daje o sobie znać nadwyrężony przed laty nadgarstek. Doktor Stone (Ben Stiller), gdy nie rzuca akurat żartów o masturbacji, w ramach kuracji zaleca mu wymianę rakiety na rakietkę, co Dusty ze wstrętem – i oczywiście w tajemnicy przed papą – czyni. Na boisku do pickleballa zaprzyjaźnia się, może nawet zanadto, z Candace (Mary Steenburgen ze „Świątecznego szoku” Clei DuVall z 2020 roku), która – co tu dużo mówić – mogłaby być jego matką.

Po Joshu Greenbaumie, który szerokiej publiczności dał się poznać filmem „Barb i Star jadą do Vista Del Mar” (2020), zwariowaną komedią opartą na purnonsensie, skrajnie absurdalną, groteskową i surrealistyczną, a przy tym dającą ukojenie w początkowej fazie pandemii COVID-19, można by się spodziewać, że jego kolejny projekt będzie przynajmniej równie dobry, co ten z Kristen Wiig, Annie Mumolo i Jamiem Dornanem w rolach głównych. Nic z tego. „Dink” (2026) to absolutnie nijakie kino sportowe. W najlepszym razie to dzieło po prostu poprawne, ani nieocierające się o skrajną szmirę, ani niewybijające się ponad standardy podobnych utworów wpisujących się w konwencję.

Winą za taki stan rzeczy obarczyć należy zarówno reżysera, jak i scenarzystę, czyli Seana Clementsa, dla którego jest to pierwszy pełny metraż (do tej pory parał się wyłącznie serialami). Panowie, pełni wiary w to, że całą, ponad stuminutową anegdotę będą w stanie oprzeć o próbę zarysowania opozycji pomiędzy szlachetnym i brawurowym tenisem a podrzędnym i przeznaczonym dla emerytów, a przez to właśnie pogardzanym pickleballem (przez Chucka porównanym do koronawirusa zwiastującego upadek ludzkości), przegrywają i w gemach, i w setach. Przełamanie nie następuje także wtedy, gdy okazuje się, że to jednak historia dużego chłopca zranionego przez ojca i nieustannie poszukującego jego aprobaty (w związku z tym nie powinno dziwić, że Dusty pragnie zbliżyć się do Candace, która, owszem, mogłaby być jego romantyczną partnerką, ale zdecydowanie bliżej jej do figury mającej zastąpić mu rodzica).

Tym, co tu poniekąd działa, jest bunt, który przeżywa ostatecznie protagonista. Przebranżawiając się z jednej dyscypliny na drugą, w dodatku na przekór tacie, Dusty zaczyna decydować o własnym życiu. Przejmuje nad nim kontrolę. To, jak potoczy się mecz zależy od pewnego momentu wyłącznie od niego. I to jest w porządku, ale nie sposób oprzeć się przykremu wrażeniu, że z komedii robi się z tego opowieść o tęskniącym za przeszłością dziecku w ciele dorosłego mężczyzny, któremu marzy się to, by staruszek był z niego dumny i wziął go w swoje ramiona. Samo przesłanie może i piękne, ale podane bez polotu.

W ponadkadrowej narracji, od której zaczyna się „Dink”, Dustin chwali się, że uderza najmocniej ze wszystkich tenisistów na świecie. Szkoda, że Greenbaum nie odbija piłki ze zbliżoną przynajmniej siłą.

Recenzja filmu Dink (The Dink); reż. Josh Greenbaum; USA 2026; 102 minuty