Przeżyłyśmy wojnę

Na swojej stronie internetowej Kyle Hausmann-Stokes pisze o sobie, że do Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych zaciągnął się dobrowolnie w 2001 roku, na miesiąc przed zamachami z 11 września. Przez pięć lat służył jako spadochroniarz w Iraku, za co został odznaczony Brązową Gwiazdą. Dzięki ustawie z 1944 roku o darmowej edukacji dla zdemobilizowanych żołnierzy (G.I. Bill) ukończył studia filmowe na Uniwersytecie Południowej Kalifornii, a następnie zaczął realizować materiały reklamowe dla klientów komercyjnych (takich jak Google, IBM czy UPS) i dla amerykańskiej armii.

Założywszy Blue Three Productions, skupił się na przygotowywaniu kampanii na rzecz poprawy stanu zdrowia psychicznego wśród weteranów. Biorąc pod uwagę jego życiorys i ścieżkę zawodową, nie powinno zatem dziwić, że pierwszym pełnym metrażem, za jaki się zabrał, jest inspirowany prawdziwą historią komediodramat „My Dead Friend Zoe” (2024).

Tytułowa Zoe (Natalie Morales; znana między innymi z „Samodzielności” Jake’a Johnsona z 2023 roku) nie żyje, co nie oznacza bynajmniej, że wraz z nią zginęła pamięć o niej. Nic z tych rzeczy. Mało tego – Merit (Sonequa Martin-Green), która towarzyszyła jej podczas misji w Afganistanie, wciąż ją widzi. Kobiety były najlepszymi kumpelami, a teraz ta, która przeżyła, nie może się otrząsnąć po śmierci tej drugiej, co sprawia, że jej życie przypomina przegraną bitwę.

Gdy po przejściu do cywila mieszkająca w oregońskim Portland Merit dopuszcza się naruszenia obowiązków służbowych, sąd, podejrzewając u niej zespół stresu pourazowego, nakazuje jej udział w terapii grupowej. Na spotkaniach, którym przewodniczy doktor Cole (Morgan Freeman z „Dobrej osoby” Zacha Braffa z 2023 roku) – kombatant konfliktu w Wietnamie – Merit nie chce się otworzyć. Nie chce i nie potrafi.

Jakby niewystarczająco miała problemów, matka (Gloria Reuben) prosi ją o to, by zajęła się dziadkiem, u którego lekarze rozpoznali wczesne objawy choroby Alzheimera. Dale (Ed Harris z komedii kryminalnej „Riff Raff. Zabójcza rodzina” Dito Montiela z 2024 roku), bo o nim mowa, też jest weteranem – to pod wpływem jego opowieści Merit wstąpiła w szeregi ochotników – który w dodatku niedawno stracił żonę. Czy tych dwoje ludzi, których dzielą nie tylko wiek i temperament, ale i doświadczenia wojenne, będą w stanie znaleźć wspólny język? Czy jeśli Merit poradzi sobie z seniorem, to niejako z automatu upora się z prywatnymi demonami? Czy to, że przeżyła wojnę, już zawsze będzie miało wpływ na jej egzystencję?

Hausmann-Stokes zadaje mnóstwo pytań w swym kinowym debiucie i tak się składa, że na większość z nich odpowiada. „My Dead Friend Zoe” nie jest filmem, który pozostawia widza w niepewności co do przyszłości głównej bohaterki. To raczej dzieło zrobione ku pokrzepieniu serc. Jego nadrzędnym celem wydaje się chęć zainteresowania opinii publicznej bolączkami dotykającymi żołnierzy wracających do kraju, który zamiast okazać im systemowe wsparcie, dziękuje za służbę i pozostawia ich na pastwę losu (by potwierdzić tę tezę, na planszach zamykających utwór autor wylicza, że osiemnaście razy więcej wiarusów popełniło samobójstwo, niż zginęło ich w sumie w Iraku i w Afganistanie).

Jako że całość ma charakter propagandowy – w dobrym tego słowa znaczeniu (chodzi wszak o swego rodzaju zadośćuczynienie amerykańskim chłopcom i dziewczętom, zarówno tym poległym, jak i ocalałym) – reżyser stara się zbytnio nie komplikować kreślonej przez siebie historii, w związku z czym „My Dead Friend Zoe” to opowieść dość przezroczysta, chwilami wręcz nijaka. Elementem, który spośród tej bezbarwności zdecydowanie wybija się na czoło, jest przywoływane w licznych retrospekcjach wyjaśnienie tego, w jaki sposób zginęła Zoe. Hausmann-Stokes długo zwleka z tym, by odsłonić przed widzem tajemnicę, co może zarazem potęgować coś na kształt napięcia, ale i – mówiąc wprost – budzić irytację.

Poza tym nie dzieje się tu zbyt wiele, co wcale nie przekreśla słusznych intencji reżysera, który wykorzystuje medium – w anegdotę wplatając i własny bagaż emocjonalny, i co nieco humoru – żeby stworzyć kameralny, a przede wszystkim pełen współczucia obraz o traumie, jej wpływie na codzienność, ale i o wychodzeniu z niej. Czuć, że „My Dead Friend Zoe” to dla reżysera bardzo osobisty projekt, ale na szczęście nie definiuje go hermetyczność, a przystępność. Momentami ogląda się to jak kolejną kampanię społeczną spod ręki Hausmanna-Stokesa, ale zdaje się, że lepszy przyzwoity przekaz antywojenny niż żaden.

Recenzja filmu My Dead Friend Zoe; reż. Kyle Hausmann-Stokes; USA 2024; 98 minut