Żałobne igrzyska

Kelly O’Sullivan oraz Alex Thompson, partnerzy zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym, powracają z trzecim filmem i drążą w nim wątki podjęte w swoich dwóch poprzednich utworach, czyli w wyreżyserowanej przez niego, a napisanej przez nią „Świętej Frances” (2019), gdzie przyglądali się kiełkującej relacji trzydziestokilkuletniej opiekunki ze znacznie młodszą od niej podopieczną, a także w zrealizowanym już wspólnie – choć wciąż na podstawie jej solowego scenariusza – „Światełku w tunelu” (2024), w którym opowiadali o uzdrawiającej mocy sztuki, siły zdolnej do przezwyciężenia żałoby.

W „Mouse” (2026), utworze opartym na skrypcie O’Sullivan – artystki pełnymi garściami czerpiącej skądinąd z własnych doświadczeń – za kamerą którego para stanęła razem, duet ponownie wgłębia się w stratę oraz próby pogodzenia się z nią poprzez budowę międzypokoleniowej więzi.

North Little Rock, nieco ponad sześćdziesięciotysięczne miasteczko w Arkansas. Jest rok 2002. Na listach przebojów królują takie piosenki jak „Hot in Herre” Nelly’ego czy „All You Wanted” Michelle Branch, ale też wcześniejszy o ładnych kilkanaście miesięcy hit „Angel” Shaggy’ego (wszystkie pojawiają się na ścieżce dźwiękowej „Mouse”). To do tych kawałków hulają najlepsze przyjaciółki, a mianowicie Callie Bell (Chloe Coleman) oraz Minnie Dunn (znana ze „Światełka w tunelu” Katherine Mallen Kupferer). Licealistki – mimo iż łączą je naprawdę zażyłe stosunki – różnią się od siebie diametralnie.

Ta pierwsza to istna królowa balu, najpopularniejsza uczennica w ogólniaku, gwiazda co się zowie. Co jednak znaczące, Callie nie ma bynajmniej fiu-bździu w głowie. Pannica zdążyła zaplanować sobie całą przyszłość: od przeprowadzki do Nowego Jorku przez zdobycie stypendium w prestiżowej Szkole Juilliarda aż po okraszony licznymi nagrodami debiut na Broadwayu, który otworzy jej drzwi do zawrotnej kariery. Ta druga natomiast tkwi w cieniu kumpeli. Minnie, z kręconymi włosami i twarzą pokrytą trądzikiem, jest bowiem cicha i wycofana. Z trudem nawiązuje znajomości z rówieśnikami, ale dzięki koleżance i tak znajduje się w centrum wydarzeń.

Gdy Callie ginie w wypadku samochodowym, rzeczywistość Minnie wywraca się do góry nogami. Rozpoczynająca się po zgonie dziewczyny licytacja o to, kto był jej najbliższy – o ten laur walczy zacięcie na przykład Cara (Audrey Grace Marshall) – sprawia, że Dunnówna pogrąża się w jeszcze większym smutku. Nie mogąc dogadać się z matką imieniem Barbara (Tara Mallen; również znana ze „Światełka w tunelu”, prywatnie rodzicielka Kupferer), Minnie kieruje swą uwagę na Helen (Sophie Okonedo z „Planety Janet” Annie Baker z 2023 roku), mamę zmarłej Callie. Zatracające się w żałobie panie – dojrzała kobieta, której córka odeszła, oraz nastolatka tęskniąca za przyjaciółką – stają się dla siebie podporami. Sęk w tym, że przecież skala ich bólu nie jest wcale taka sama.

„Mouse”, podobnie zresztą jak „Święta Frances” i „Światełko w tunelu”, to kino będące idealnie wyważoną mieszanką komedii i dramatu, słodyczy i goryczy, skali mikro i makro. Kreśląc losy bohaterek kontemplujących śmierć oraz starających się wypełnić pustkę po nieżyjącej osobie, O’Sullivan i Thompson wgryzają się nie tylko w tak fundamentalne kwestie jak ludzkie istnienie, ale i w skomplikowane relacje między kobietami.

Stojącą w centrum anegdoty Minnie twórcy zderzają najpierw z Callie. Owszem, panny Dunn i Bell są towarzyszkami, które nie widzą poza sobą świata, ale dzieli je to, w jaki sposób są postrzegane przez otoczenie. Bodaj najdobitniej świadczy o tym nie tyle scena pogrzebu, w trakcie którego Minnie jawi się jako postać grająca epizod we własnej sztuce, lecz samo otwarcie filmu. To w nim odbywa się swoisty konkurs na popularność. Wraz z zakończeniem roku szkolnego podwórka uczniów obrzucane są papierem toaletowym. Na drzewie rosnącym przed oknem Minnie ktoś zostawia jedną rolkę, a u Callie ląduje ich kilkanaście czy wręcz kilkadziesiąt. Oto status zostaje ustalony. Wszak im więcej, tym lepiej.

Następnie O’Sullivan i Thompson konfrontują Minnie z Barbarą. Dziewczyna nie potrafi docenić tego, jak dobrą kobietą jest jej matka, na co dzień pracująca w przychodni weterynaryjnej (o jej ogromnym sercu świadczy fakt, że raz po raz przygarnia pod swój dach kolejne zwierzęta, a ponadto roztacza opiekę nad berbeciem, który staje się jej nieoficjalnie adoptowanym synem). Minnie doskwiera to, że ona i jej mama egzystują w brudzie, a posiłków nie gotują, lecz odgrzewają je w mikrofalówce.

Co innego Helen, która – pomimo pochowania dziecka – ma czas i energię, by przygotować obiad z prawdziwego zdarzenia. Do tego w eleganckiej posiadłości ma zawsze porządek, a i sama wygląda wyjątkowo schludnie (ideał uzupełnia jej jakże wyróżniający się na tle prowincjonalnego North Little Rock brytyjski akcent). Nic dziwnego, że to u jej boku Minnie poszukuje schronienia. Problem w tym, że Helen, zapewniając jej opiekę, projektuje na nią własne emocje. Pani Bell widzi w Minnie swą córkę – opłaca jej szkolną wyprawkę i zaprasza na rodzinne spotkania. Słowem: matkuje jej. Obie przekraczają granice, w związku z czym wnet oczywiste jest to, że ta sytuacja nie może trwać wiecznie.

Jakby Minnie nie dość miała zmartwień, o miejsce w grupie musi walczyć ze wspomnianą uprzednio Carą, której tak mocno zależy na zaznaczeniu swojej obecności, że wpada na pomysł, by złożyć hołd Callie poprzez wystawienie specjalnego przedstawienia. Minnie, choć śpiewać nie potrafi, postanawia wziąć udział w spektaklu, prezentując piosenkę, którą szlifuje wraz z Helen. Jest jeszcze jedna kobieta poruszająca się po orbicie Minnie, a mianowicie Kat (Iman Vellani), pracownica lokalnej wypożyczalni filmów, która wpada w oko protagonistce.

O’Sullivan i Thompson analizują to wszystko bez zadęcia. Żałoba i samotność krzyżują się z dorastaniem oraz wychodzeniem z szafy, a nad dziełem stale unosi się pytanie o to, czy można (lub czy w ogóle wypada) bawić się i śmiać po śmierci kogoś ważnego. Jak kontynuować własne życie, gdy czyjeś zostało przerwane? Całość jest bardzo prawdziwa i głęboko zakorzeniona w realiach początku XXI wieku. Ogląda się to z przyjemnością, bo choć temat jest ważki, to autorzy podają go w sposób przystępny. Wprawdzie „Święta Frances” i „Światełko w tunelu” wciąż wydają się świeższe niż „Mouse”, ale O’Sullivan i Thompson po raz wtóry udowadniają, iż są duetem, który należy bacznie obserwować.

Recenzja filmu Mouse; reż. Kelly O’Sullivan, Alex Thompson; USA 2026; 120 minut