Finałowe poskromienie
Joe Wainright (Neal McDonough) to wciąż jeszcze żywa legenda. Wprawdzie ledwo już chodzi, ale ludzie nadal rozpoznają w nim niegdysiejszego wielokrotnego czempiona w ujeżdżaniu byków. Jego znakomicie rozwijającą się karierę przerwały dwa tragiczne wydarzenia, a mianowicie śmierć żony oraz wypadek, z którego cudem się wykaraskał.
Teraz, dokładnie piętnaście lat później, mężczyzna poświęca się wnukowi imieniem Cody (Graham Harvey), który połknął bakcyla i ma smykałkę do rodeo. Choć Sally (Sarah Jones), matka chłopca i córka Joego, która skądinąd zajmowała się ojcem po tym, jak ten odniósł kontuzję, wolałaby, żeby młodzian oddał się jakiemuś spokojniejszemu i przyziemniejszemu sportowi – na przykład baseballowi – on jest gotów pójść w ślady dziadka.
Te ambitne plany bardzo szybko weryfikuje rzeczywistość. Kiedy lekarze diagnozują u Cody’ego glejaka – czyli to samo paskudztwo, które zabiło jego babcię – Joe postanawia działać. By opłacić operację, której koszty ubezpieczyciel – jak to w Stanach Zjednoczonych bywa – pokrywa wyłącznie w części, dawny poskramiacz ważących ponad pół tony zwierząt decyduje się na wzięcie udziału w przygotowywanym przez organizację Professional Bull Riders (zrzeszającą kowbojów z USA, Kanady, Meksyku, Brazylii i Australii) turnieju arcymistrzów. Pomysł Wainrighta nie podoba się oczywiście Sally, ale on, nie zważając na utyskiwania córki, zwraca się do Charliego Williamsa (Mykelti Williamson), od wieków niewidzianego kumpla, z którym odnosił w przeszłości największe sukcesy, i namawia go na kolejną przygodę.
Jon Avnet, amerykański producent z dość bogatym portfolio oraz reżyser takich filmów jak „Smażone zielone pomidory” (1991), „Wojna” (1994), „Fatalna namiętność” (1997), „Zawodowcy” (2008) czy wreszcie „Trzech Chrystusów” (2017), po niemal dekadzie powraca za kamerę, by zrealizować „Ostatnie rodeo” (2025), kino tyleż interesujące oraz emocjonalnie angażujące, co powielające wszelkie możliwe schematy oraz zwyczajnie – na poziomie scenariusza – wygodne i przewidywalne.

Tym, co kłuje w oczy w największym bodaj stopniu, jest naturalnie fakt, iż rozgrywki, w których ma wystartować Joe, odbywają się akurat wtedy, gdy los płata figla rodzinie Wainrightów. To rozwiązanie skrajnie leniwe. Owszem, nie byłoby bez niego całej intrygi, lecz nie sposób nie zauważyć, że nad wyraz świetnie się składa, iż główny bohater dostaje w ogóle szansę, by na powrót ujarzmić dziką bestię, a dzięki ewentualnej wygranej zdobyć pieniądze pozwalające nie tylko na sfinansowanie ryzykownego zabiegu chirurgicznego, ale również na komfortowe prowadzenie dalszego życia (stawką jest, bagatela, 750 tysięcy dolarów!). Nie trzeba być bynajmniej Sherlockiem Holmesem, by po kilku zaledwie minutach projekcji zorientować się, że anegdota zmierza nieuchronnie ku szczęśliwemu zakończeniu.
Problem w tym, że nie jest to jedyny aspekt zakłócający widzowi odbiór utworu. Tym, co ponadto daje się we znaki – znowu na gruncie skryptu, którego autorami są Avnet, McDonough oraz Derek Presley – są kuriozalne wręcz interakcje, w jakie wchodzi protagonista. Przykład pierwszy z brzegu to nieustanne podważanie aktualnej pozycji Wainrighta przez młodszych od niego uczestników. Któryś z nich powiada nawet w pewnym momencie, że to nie impreza dla seniorów. Dlaczego nie? Wszak Joe został na nią zaproszony przez władze Professional Bull Riders w ramach docenienia jego zasług. Czyżby zatem nie było więcej starszych kowbojów, którzy mogliby się pochwalić podobnymi dokonaniami? A skoro tak, to kim są legendy, jeśli prezentowani na ekranie konkurenci Wainrighta to obecnie ujeżdżający byki zawodnicy?
Abstrahując od tych wad i klisz, warto docenić „Ostatnie rodeo” za próbę przyjrzenia się człowiekowi, który – upadłszy zarówno fizycznie, jak i psychicznie (pokonane uzależnienie od alkoholu to kolejny element układanki) – ofiarowuje się dla dobra wnuka, i to bez względu na potencjalne konsekwencje. Kreślona przez Avneta opowieść to historia mężczyzny, który pragnie wrócić na właściwe tory, by sprostać wyzwaniom, jakie stawia przed nim codzienność. Pal licho, że jest niemal wrakiem, a w jego szyi znajduje się stalowy pręt. Joe, pomimo bólu, wsiada na grzbiet zwierzęcia. Nie w kasku, a w kapeluszu. Nie po to, by po ośmiu sekundach doświadczyć chwały, a po to, by pomóc osobom, które kocha. Jasne, to szalenie konserwatywne kino, ale zrobione w celu doceniania tych, którzy bezinteresownie nadstawiają karku dla innych.



