Smutny Amerykanin
Minęło siedem lat, odkąd pochodzący ze Stanów Zjednoczonych aktor Phillip Vanderploeg (Brendan Fraser) przybył do Tokio. Wystąpiwszy w reklamie pasty do zębów, która – jak można wywnioskować z reakcji spotykanych przezeń Japończyków – zdobyła status kultowej, mężczyzna osiadł w Kraju Kwitnącej Wiśni w nadziei, że oto na obczyźnie uda mu się rozwinąć skrzydła. Nic z tego.
Wprawdzie wciąż para się tym samym, ale jako że odpada na każdym castingu, musi zadowolić się odwalaniem chałtury. Wszystko zmienia się w chwili, gdy dostaje propozycję wcielenia się w smutnego Amerykanina na czyimś pogrzebie (pal licho, że pochówek – co ciekawe – ma charakter fikcyjny). Dobrze wykonawszy robotę płaczka, zostaje zatrudniony przez firmę, która – jak stwierdza zarządzający nią Shinji (Takehiro Hira) – oferuje sprzedaż nie tyle produktów, co emocji.
„Gramy dla klientów” – tłumaczy przedsiębiorca. „Role rodziców, rodzeństw, chłopaków, dziewczyn, przyjaciół. Pomagamy im odnaleźć to, co stracili” – kontynuuje. Mimo iż oferta wydaje mu się na wskroś absurdalna, Phillip – który desperacko potrzebuje pieniędzy – przyjmuje ją. Choć ledwo radzi sobie z inicjacyjnym zadaniem – realizuje je po reprymendzie otrzymanej od koleżanki po fachu o imieniu Aiko (Mari Yamamoto) – szef wnet przydziela mu dwa kolejne.
W pierwszym przypadku udaje ojca jedenastoletniej Mii (Shannon Mahina Gorman), której samotna matka (Shino Shinozaki) korzysta z usług zakładu Shinjiego, by zapewnić latorośli edukację w prywatnej szkole. W drugim zaś podaje się za dziennikarza przeprowadzającego wywiad z Kikuo Hasegawą (Akira Emoto), emerytowanym gwiazdorem kina, którego córka (Sei Matobu) nie chce dopuścić do tego, by jej staruszek poczuł się zapomniany. Co może pójść nie tak? Ano to na przykład, że Phillip zanadto zaangażuje się w relacje z Mią i Kikuo.

„Rodzina do wynajęcia” (2025) autorstwa Hikari, która na swoim koncie ma pełnometrażowe „37 sekund” (2019) i kilka odcinków dość popularnych seriali (vide: „Awantura” z 2023 roku), to – mówiąc bez owijania w bawełnę – problematyczny film. Na najbardziej podstawowym poziomie całość jest na wskroś satysfakcjonująca. Scenariusz – napisany wspólnie przez reżyserkę i Stephena Blahuta – w odpowiedni sposób łączy żart z rzewnością i powagą. Twórcy – zainspirowawszy się firmami, które w Krainie Wschodzącego Słońca faktycznie świadczą tego typu pomoc (wcześniej, w 2019 roku, ich funkcjonowanie sportretował Werner Herzog w dramacie „Spółka rodzinna”) – bez większych trudności poruszają się po wykreowanej przez siebie rzeczywistości, kreśląc opowieść o samotności (wyrażanej poprzez kontrast pomiędzy człowiekiem a miastem, masą i maszyną) oraz wychodzeniu z niej za sprawą kontaktu z ludźmi.
Dokonywane przez Hikari decyzje reżyserskie przyczyniają się do tego, że „Rodzina do wynajęcia” działa. Film jest i subtelnie zabawny, i nieprzesadnie wzruszający, w czym spora zasługa nie tylko wyważonego skryptu, ale i obsady, która doskonale odnajduje się w kreowaniu powierzonych im postaci.
Sęk w tym, że im głębiej, tym dziwniej, wręcz niebezpiecznie. Hikari manipuluje widzem, każąc głównemu bohaterowi zająć się osobami najbardziej bezbronnymi: opuszczonym przez tatę dzieckiem i cierpiącym na demencję seniorem. Nic dziwnego w związku z tym, że Phillip tak mocno wczuwa się w swoje role – on najzwyczajniej w świecie nie potrafi nie empatyzować z Mią i Kikuo. Nie byłoby w tym bynajmniej nic złego – wszak pryncypał Vanderploega pragnie zapewnić klientom katharsis – gdyby nie to, że wszystko opiera się tu na kłamstwie (w którym skądinąd sam Shinji tkwi), a to zaś generuje ogromne ryzyko.
O ile bowiem Kikuo umiera, nie poznawszy prawdy, o tyle Mia odkrywa, że Phillip wcale nie jest jej ojcem, a aktorem. Na tym etapie „Rodzina do wynajęcia” zaczyna się potykać o własny pomysł na intrygę. Hikari i Blahut postanawiają rozwiązać tę kwestię, dając protagoniście i jego przybranej córce szczęśliwe zakończenie. Nie drążą, zupełnie tak, jakby wiedzieli, że jeśli tylko rozgrzebią ten wątek, to cała fabuła rozpadnie się niczym domek z kart. Reżyserka i jej współscenarzysta unikają – tak na wszelki wypadek – rozterek moralnych, całkowicie ignorując to, iż to właśnie na nich zbudowana jest anegdota. O ileż bardziej złożony byłby to film, gdyby uwypuklić dylematy, które trapią bohaterów. Ten aspekt jest zaś jedynie sygnalizowany, przez co ostatecznie „Rodzina do wynajęcia” to po prostu przyjemne kino rozrywkowe, rozgrzewające serce i niezadające zbyt wielu niewygodnych pytań. Cóż. Może właśnie o to w kinie chodzi.



