Muzyka łagodzi obyczaje
John Carney znalazł swoją niszę. Ten pochodzący z Dublina twórca od lat konsekwentnie realizuje filmy muzyczne. Szturmem zdobył popkulturę, gdy jego wyprodukowane za grosze „Once” (2007) nie tylko zarobiło ponad 20 milionów dolarów na całym świecie, ale także zgarnęło Oscara za najlepszą piosenkę (statuetkę za „Falling Slowly” odebrali Markéta Irglová oraz zmarły 29 lipca 2026 roku – a więc tydzień przed opublikowaniem niniejszego artykułu – Glen Hansard). Ten niespodziewany raczej sukces przyczynił się do tego, że Carney otrzymał przepustkę i do większych budżetów, i do gwiazd.
W „Zacznijmy od nowa” (2013), przedsięwzięciu świetnie przyjętym zarówno przez krytykę, jak i widownię, w główne role wcielili się Keira Knightley i Mark Ruffalo. Mało tego – Akademia ponownie doceniła pojawiający się w nim utwór (w przypadku „Lost Stars” skończyło się jedynie na nominacji). Po podboju USA Carney wrócił do ojczyzny, gdzie zrealizował „Młodych przebojowych” (2016). Wprawdzie wpływy z kas nie były już tak powalające, ale twórca utrzymał wysoki poziom poprzednich dzieł, kolejny raz w karierze kreśląc historię skupioną wokół dźwięków. Nie inaczej mają się sprawy, jeśli chodzi o „Florę i syna” (2023), irlandzko-amerykańską koprodukcję będącą opowieścią o muzyce jako sile jednoczącej nawet najbardziej poróżnionych ludzi. Nikogo nie powinno zatem dziwić, że w swoim najnowszym projekcie Carney po raz wtóry, i znowu z rozpoznawalnymi nazwiskami w obsadzie, porusza się po wodach, które już pokonywał.
Rick Power (Paul Rudd; znany między innymi z „Przyjaźni” Andrew DeYounga z 2024 roku), Jankes mieszkający na Szmaragdowej Wyspie wraz z żoną Rachel (Marcella Plunkett) i córką Ają (Beth Fallon), jest liderem wykonującej same covery kapeli weselnej o zręcznej nazwie The Bride & Groove. Niegdyś był członkiem dobrze zapowiadającego się zespołu, który koncertował po całej Europie (nie ominął nawet Polski!), a teraz musi się zadowolić graniem do kotleta. Przynajmniej w teorii. W praktyce bowiem Rick, jak łatwo zauważyć, wciąż ma to coś, co pozwala mu porwać tłum bawiący się z nowożeńcami.
W trakcie pewnego przyjęcia ślubnego wśród gości jest Danny Wilson (Nick Jonas z „The Good Half” Roberta Schwartzmana z 2023 roku), jedna któraś szalenie popularnego boysbandu i chłopak marzący o odniesieniu triumfu na solowej ścieżce. Na prośbę państwa młodych mężczyźni lądują razem na scenie, a już po imprezie spędzają caluteńką noc, pijąc, brzdękając na gitarach i fortepianie oraz dzieląc się ze sobą pragnieniami.
Jakież jest zdziwienie Powera, gdy sześć miesięcy później, przechadzając się po galerii handlowej, słyszy na korytarzu słowa i melodię, które dobrze zna. Oto okazuje się, że Wilson, okłamawszy swoją dziewczynę Marcię (Havana Rose Liu ze „Stroiciela sejfów” Daniela Rohera z 2025 roku) i wmówiwszy jej, że to ona zainspirowała go do komponowania, wydał kawałek „How to Write a Song (Without You)”, którego autorem jest nie kto inny jak Rick. Kradzież jest ewidentna – Power istotnie zaprezentował Danny’emu ten materiał. Sęk w tym, że nie ma na to żadnych dowodów. Numer, naprawdę wpadający w ucho, staje się wielkim hitem, który z Wilsona czyni jeszcze potężniejszego idola nastolatek. Rickowi sława przemyka koło nosa.

Carney opiera „Przebój na lata” (2026) na rozwiązaniach, które przyniosły mu rozgłos, co nie oznacza bynajmniej, że to rzecz absolutnie wtórna. Nic podobnego. Tym, co już na pierwszy rzut oka wybija się tu na czoło, jest zwrot akcji, którego zaiste można się nie spodziewać. Reżyser, zderzając ze sobą doświadczonego, a przez to niedzisiejszego Powera – interesujący jest moment, w którym Aja mówi ojcu, iż obecnie dziewczyny nie chcą piosenek o miłości, a o zemście – z próbującym rozkręcić coś samodzielnie Wilsonem, sugeruje pierwotnie, jakoby ci dwaj mieli przekształcić się w duet na miarę Johna Lennona i Paula McCartneya. To zaś wcale się nie dzieje. Wręcz przeciwnie. Pomimo nici porozumienia, jaka rodzi się między panami podczas spotkania na weselu, ich relacja zaczyna rozwijać się dość nietuzinkowo. Coś, co mogło zapoczątkować przyjaźń na dekady, przekształca się w zdradę.
Oto bowiem dochodzi do przywłaszczenia przez Danny’ego własności intelektualnej Ricka, co służy, owszem, jako katalizator anegdoty, i to na kilku polach równocześnie, a ponadto jest dość oczywistym komentarzem na temat tworzenia sztuki w dobie tej jakże przeklętej sztucznej inteligencji, która żeruje na pracy rąk i umysłów milionów ludzi. Sukces osiąga się tu według makiawelicznych prawideł, a zatem dążąc po trupach do celu. Tym boleśniejsza jest porażka, jaka przypada w udziale Rickowi, któremu mało kto wierzy w jego świadectwo (czyż dzisiaj osoby piszące nie muszą się tłumaczyć z tego, że przygotowały jakiś tekst bez ingerencji botów i promptów?).
To jedna strona medalu. Drugą stanowi niezaprzeczalny fakt, iż w tym przypadku kradzieży dokonuje człowiek, a nie maszyna. To dla Powera cios prosto w serce – wszak zdążył polubić tego gościa, który, jak i on zresztą, chciałby wystąpić w Madison Square Garden. Patrzy się na to z przejęciem, zwłaszcza że w twarzy Paula Rudda jest coś z everymana, a zatem i z widza, który mógłby zostać oszukany w analogiczny sposób (i wcale nie musi chodzić o plagiat).
„Przebój na lata” może i nie będzie, niejako wbrew tytułowi, ponadczasowym szlagierem, ale ogląda się to dobrze, wręcz bardzo przyjemnie, bo Carney, choćby i opowiadał o celebrytach goszczących na łamach serwisów plotkarskich, nigdy nie zapomina o rdzeniu swoich historii, czyli o ludziach: zagubionych duszach i osobach poszukujących spełnienia.



