Oda do starości

W jednym z wywiadów Sarah Friedland przyznała, że na pomysł pełnometrażowego debiutu wpadła, świadkując procesowi przeprowadzki swojej cierpiącej na demencję babci do domu opieki dla seniorów. Choć kobiecina z dnia na dzień była coraz bardziej nieobecna, to wciąż pozostawała sobą na poziomie sensorycznym, zwłaszcza czuciowym, ruchowym. Friedland, odnosząca sukcesy choreografka, nie mogła tego nie zauważyć. Czerpiąc z tego spostrzeżenia, a także ze świadomości, iż dotyk jest zmysłem, który rozwija się jako pierwszy, w związku z czym towarzyszy człowiekowi najdłużej, ta urodzona w 1992 roku artystka stworzyła film będący swoistą odą do starości, opartą w znacznej mierze na doświadczeniu, jakim jest fizyczny kontakt pomiędzy istotami żywymi, ale i między nimi a martwymi przedmiotami.

Friedman stawia sprawę jasno – niedomagając z powodu otępienia, łatwiej zapomnieć o tym, że ma się dzieci, niż o tym, jak przygotować popisową kanapkę.

Osiemdziesięcioletnia Ruth (Kathleen Chalfant), spodziewając się gościa, przyrządza danie, którym planuje uraczyć przybysza. Gdy dużo młodszy od niej Steve (H. Jon Benjamin) zjawia się na miejscu, ona, zaserwowawszy mu jedzenie, zaczyna z nim flirtować. Nie ma zielonego pojęcia, że to jej syn. Pamięć motoryczna pozwala jej natomiast na to, by krok po kroku upichcić potrawę, z której niegdyś zasłynęła jako kucharka (to nic, że w pewnym momencie odkłada pieczywo na suszarkę do naczyń). Tak się składa, że Steve nie przyjechał po to, by dogadzać podniebieniu. Wziąwszy do buzi kęs chleba, okłada talerz, po czym pakuje matkę do samochodu. Jasne, wolałby rozkoszować się starannie przyozdobionym tostem, ale ma inne rzeczy na głowie.

Steve, zawiózłszy rodzicielkę do leżącego na przedmieściach Los Angeles ośrodka, który ona osobiście wybrała, kiedy była jeszcze w pełni władz umysłowych, zostawia ją pod okiem tamtejszego personelu. Nie sposób nie dostrzec zarówno tego, że serce mu pęka, jak i tego, że nie ma wyjścia. Ruth zaś, zdana na pastwę losu i pielęgniarki Vanessy (Carolyn Michelle), buntuje się przeciwko nowej sytuacji. Wypiera fakt, iż jest z nią naprawdę źle. Jak z rękawa rzuca danymi – a to imionami rodziców, a to datą urodzenia, a to dawnym adresem – ale na Brianie (Andy McQueen), który wykonuje jej badania, nie robi to najmniejszego wrażenia. Prawdopodobnie już wielokrotnie uczestniczył w takim spektaklu.

Wraz z czasem kobieta przyzwyczaja się do funkcjonowania w placówce, ale robi to – a jakże! – na własnych zasadach. Ni stąd, ni zowąd postanawia dołączyć do ekipy pracującej w kuchni, by podawane na stołówce śniadania, obiady i kolacje przekształcić w małe dzieła sztuki. Nadal – jako już się rzekło – nie rozpoznaje w Stevie syna („Nigdy nie chciałam mieć dzieci” – powtarza), ale za to potrafi tak operować nożem, że zwykły bufet mógłby aspirować do miana restauracji lub przynajmniej bistra (gdyby tylko chodziło o czystą komedię, to niewykluczone, iż taki rozwój akcji miałby prawo zadziałać). To daje jej kontrolę i niezależność, którymi cieszyła się w przeszłości.

X muza, która przez dekady unikała tematu starości, oddając pole wiośnie życia, od kilku lat coraz odważniej przygląda się sędziwości, ale i wiążącym się z nią dolegliwościom, czego bodaj najciekawszym przykładem jest „Ojciec” (reż. Florian Zeller, 2020), utrzymany w konwencji tak zwanych mind-game films (lub po prostu mózgotrzepów) horror egzystencjalny rekonstruujący smutną i przerażającą zarazem doczesność osoby zapadającej na Alzheimera. W „Znajomym dotyku” (2024) Friedland unika sztuczek, co nie oznacza bynajmniej, że to utwór mniej rozdzierający. Reżyserka dokłada wszelkich starań, by nie odrzeć swojej protagonistki z godności i człowieczeństwa (wszak to czyni już sama demencja). Tam, gdzie bez problemu sprawdziłyby się jakieś strukturalne fajerwerki, Friedland kieruje kamerę na Ruth, na zbliżeniach pokazując jej poruszające się ciało, głównie twarz i dłonie, w których mieści się więcej niż tysiąc słów (trochę na wzór poetyckiego i szalenie namacalnego obrazu „Polne drogi mają smak soli” Raven Jackson z 2023).

Autorka empatyzuje z Ruth, do tego samego zachęcając – i to skutecznie – widza. Nic dziwnego, że jej się udaje, skoro stojąca w centrum anegdoty Kathleen Chalfant – dla Broadwayu znacząca tyle, co Meryl Streep dla Hollywood – daje występ przyprawiający o łzy i dreszcze. To niezwykła kreacja, cicha, subtelna i powściągliwa – jak zresztą i cały „Znajomy dotyk” – a do tego skłaniająca do refleksji. Debiut Friedland to mały film, ale ocierający się o wielkość.

Recenzja filmu Znajomy dotyk (Familiar Touch); reż. Sarah Friedland; USA 2024; 90 minut