Wilki morskie
Trzeba być albo odważnym, albo zwyczajnie szalonym, by w dzisiejszych czasach zrealizować swój długometrażowy debiut w plenerze, i to nie byle jakim, bo na pełnym morzu. Z wywiadów udzielonych przez Lindsey Ryan, która podjęła się tego wyzwania, wynika wyraźnie, iż łączy ona obie te cechy. I dobrze, zwłaszcza dla kina. Takich postaw – szczególnie teraz, w erze degradującej sztukę ruchomych obrazów sztucznej inteligencji i strachu przed opuszczeniem znacznie tańszego od prawdziwych lokacji studia – X muza potrzebuje.
To, że Ryan zdecydowała się zrobić film nie na lądzie, a na wodzie, w dodatku z dziecięcymi aktorami w obsadzie, nie powinno bynajmniej dziwić. Jest to bowiem twórczyni wychowana w rodzinie rybaków z niewielkiej mieściny leżącej na Long Island w stanie Nowy Jork, tuż nad Oceanem Atlantyckim. Jak sama przyznaje, wcześniej nauczyła się sterować łodzią, na której skądinąd dorastała, niż prowadzić samochód. Czuć to doskonale w „Capsized” (2026), którego światowa premiera odbyła się na festiwalu w Edynburgu. Sęk w tym, że na nic by się zdały te zdolności i zainteresowania, gdyby Ryan nie potrafiła opowiadać historii. A tak się składa, że i to umie.
Jest początek drugiej dekady XXI wieku. Ameryka wciąż pogrążona jest w kryzysie. Gdy nad mającymi irlandzkie korzenie O’Brienami zbierają się czarne chmury, nestor rodu Ray (Rhys Ifans; znany między innymi z „Klucza do przeszłości” Neila Burgera z 2025 roku), postanawia uczynić to, co wychodzi mu najlepiej, a mianowicie uciec od problemu. Ponieważ rodzinie grozi eksmisja, mężczyzna pakuje żonę Diane (Lily Rabe, współautorka, wraz z Hamishem Linklaterem, „Miasteczka Owl” z 2023 roku), nastoletnich bliźniaków Nicole (Sarah Catherine Hook) i Pata (Griffin Gluck) oraz troje najmłodszych potomków – Jacka (Eli D Goss), Ellie (Joan Stein) i Maeve (Ada Bland) – na ledwo nadającą się do żeglugi łajbę (o znamiennej i proroczej nazwie Ship Happens), by z dala od obciążonej długami nieruchomości przeczekać sztorm.
Ojciec i matka, wmówiwszy dziatwie, że to wakacje, próbują zataić przed nią fakty. Rzecz w tym, że – jak łatwo się domyślić – ktoś w końcu połapie się, że coś tu śmierdzi. Tą osobą jest Nicole, która nie dość, że znajduje wśród papierów wezwania do zapłaty, to jeszcze orientuje się, iż coś jest nie tak z jej aplikacją na studia (rozchodzi się oczywiście o pieniądze).
Wtem pojawia się światełko w tunelu, wprawdzie słabe, ale jednak. Oto Ray dowiaduje się o turnieju połowów głębinowych, w którym pula nagród jest tak ogromna, że jej zdobycie pozwoliłoby O’Brienom wykaraskać się z wszelkich kłopotów. Wystarczy złapać na wędkę jak najpokaźniejszego marlina. Nic prostszego, czyż nie?

Złowienie dużej ryby zaiste nie należy do najtrudniejszych zadań, przed jakimi stają bohaterowie „Capsized”. Tym, co wymaga więcej wysiłku, jest próba scalenia rozpadającej się na drobne kawałki familii. Choć wszystko w ryzach stara się utrzymać Diane, która nieustannie robi dobrą minę do złej gry, to i ją sytuacja finalnie przerasta, a to, co do tej pory była w stanie unieść z pokorą, wymyka jej się spod kontroli. Pobłażliwość kobiety wobec męża i jego wybryków nie ma żadnych granic, co zresztą on wykorzystuje na każdym kroku. To nie tak, że to słabeuszka – co to, to nie – ale lata spędzone z człowiekiem, za którego wyszła, sprawiły, że w międzyczasie zdążyła się poddać. Diane nie ma już nawet siły na to, by rozwieść się z Rayem, który swoimi decyzjami i zachowaniem nie tyle przyczynia się do tego, że zarówno ona, jak i dzieci osiadają na mieliźnie, co bezceremonialnie ściąga ich pod wodę.
Najgorsze – a zarazem najciekawsze – w portrecie O’Brienów, jaki kreśli Ryan, jest to, że na pierwszy rzut oka na wskroś czarujący Ray wydaje się gościem do rany przyłóż, tym bardziej że to właśnie jemu reżyserka daje lwią część zabawnych scen i kwestii. W istocie jednak to antagonista „Capsized” i zamknięty w ciele dorosłego faceta bachor, który nadużywa zarówno alkoholu, jak i swojej pozycji, umniejszając i żonie, i latoroślom (wcielający się w tę rolę Rhys Ifans doskonale operuje tą wpisaną w postać ambiwalencją). Jak tu nie pójść na dno, gdy łodzią nawiguje ktoś taki jak on, przez otoczenie określany mianem „ludzkiego tornada”, „chodzącego chaosu” i „karalucha”?
Jasne, można dryfować bezwiednie na powierzchni. Można też – co Nicole ostatecznie czyni – zbuntować się przeciwko status quo. Dziewczyna, inaczej niż matka, nie uważa, by miała jakikolwiek dług wdzięczności czy inne zobowiązanie moralne u taty. To ona najwcześniej w rodzinie oswobadza się z macek Raya, kwestionując jego patriarchalną władzę i skupiając się na sobie. Pytania, jakie stawia twórczyni, brzmią od tego momentu następująco: czy ktokolwiek ewakuuje się z tej krypy i popłynie za Nicole? Czy Diane pójdzie w jej ślady?
Mimo iż Ryan porusza w „Capsized” mnóstwo ważkich tematów – gdzieś na marginesie pojawia się nawet klasowy kontrast pomiędzy porównywanymi do białych śmieci O’Brienami a posiadaczami starych pieniędzy i kilkudziesięciometrowych jachtów bogaczami – jej pełnospektaklowy debiut to kino szalenie pozytywne, naładowane jakimś dziwnym optymizmem (skąpane w przygaszonym i ukrytym za chmurami słońcu zdjęcia Joego Andersona robią swoje), a do tego zabawne i skłaniające do refleksji. Jeśli już trzeba by je do czegoś porównać, to do „Małej miss” (reż. Jonathan Dayton, Valerie Faris, 2006). Nie na drodze, a na wodzie. Nie w furgonetce, a na łajbie. I tu, i tu jednak dysfunkcje bardzo podobne.



