Eksperyment miłosny

Od czasu „Ich nocy” (1934) Franka Capry, a więc – nie przymierzając – filmu będącego wzorcem dla późniejszych komedii romantycznych, twórcy pracujący w obrębie tego konkretnego gatunku wyjątkowo chętnie sięgają po problematykę, w centrum której stoją bohaterowie udający trwanie w mniej lub bardziej sformalizowanej relacji. U Capry interpretowani przez Claudette Colbert i Clarka Gable’a Ellie i Peter, ludzie z dwóch różnych światów – mowa wszak o rozpieszczonej i uciekającej przed ojcem dziedziczce ogromnej fortuny oraz biednym jak mysz kościelna, a do tego bezrobotnym reporterze – okłamują wszystkich, że są świeżo upieczonym małżeństwem, dzięki czemu mogą w miarę spokojnie i stosunkowo tanio przejechać Stany Zjednoczone z punktu A do punktu B. To, że z tego pragmatycznego podejścia wykiełkuje uczucie, jest jasne jak słońce, i to od pierwszych minut projekcji.

Podobnie sprawy mają się w utworze Williama A. Seitera „Kuchareczka i kamerdyner” (1935), w którym ona (Jean Arthur) i on (Herbert Marshall) pozorują zawarcie związku matrymonialnego, byle dostać tytułowe posady w domostwie milionera gotowego zatrudnić wyłącznie osoby po ślubie. Żeby jednak nie było, że wątek ten dotyczy tylko powstających w latach trzydziestych czy czterdziestych screwballi (innymi dobrymi ilustracjami postawionej tu tezy są „Północ” Mitchella Leisena z 1939 roku czy „Pan doktor się żeni” Alexandra Halla z 1940 roku), warto wspomnieć o współczesnych – choć też już przecież leciwych – obrazach, wyraźnie skądinąd nawiązujących do tradycji z początków kina dźwiękowego.

Oto kilka przykładów z brzegu. Najpierw „Pretty Man, czyli chłopak do wynajęcia” (reż. Clare Kilner, 2005), w którym rzucona przez partnera kobieta (Debra Messing) znajduje żigolaka (Dermot Mulroney), by – symulując bycie razem – wzbudzić zazdrość w byłym (Jeremy Sheffield). Potem „Żona na niby” (reż. Dennis Dugan, 2011), gdzie protagonista (Adam Sandler), chcąc uwieść młodszą od siebie dziewczynę (Brooklyn Decker), prosi swoją asystentkę (Jennifer Aniston), żeby grała jego rzekomą drugą połówkę. Wreszcie zaś – „Narzeczony mimo woli” (reż. Anne Fletcher, 2009), w którym jej (Sandra Bullock) grozi deportacja i koniec kariery, dlatego postanawia wyjść za niego (Ryan Reynolds).

Teraz do tego grona dołącza kolejny film, a mianowicie „The Love Hypothesis” (2026) w reżyserii Claire Scanlon, twórczyni odkupującej wszelkie winy po takich niewypałach jak „Swatamy swoich szefów” (2018) czy „Ludzie, których nie cierpimy na weselach” (2022). Dzieło to, oparte na bestsellerowej i wydanej w 2021 roku prozie Ali Hazelwood, zarówno pisarki, jak i – uwaga! – neurobiolożki, nie tylko koresponduje z niegdysiejszymi postrzelonymi komediami i podejmowanym przez nie motywem fingowanej więzi, ale także ma w sobie na tyle dużo udanych elementów, by czerpać satysfakcję z jego oglądania (wprawdzie są tu momenty mogące przyprawić odbiorcę o zgrzytanie zębów – chodzi o sekwencję otwierającą, niepotrzebnie, trochę w stylu początków XXI wieku, czyniącą z głównej bohaterki niezdarę, a ponadto o przeciągniętą i niemalże wyrwaną z innego porządku scenę erotyczną – ale to nie tak, że nie da się na nich wytrzymać).

Olive Smith (doskonale odnajdująca się w tej roli Lili Reinhart, aktorka znana z serialu „Hal & Harper” Coopera Raiffa z 2025 roku), doktorantka z Uniwersytetu Stanforda prowadząca badania mające pomóc we wcześniejszym wykrywaniu raka trzustki, podkochuje się w koledze z uczelni, to jest Jeremym Langleyu (Nicholas Duvernay). Sęk w tym, że on ma się ku jej najlepszej przyjaciółce, czyli Anh Pham (Rachel Marsh). Ta zaś, stawiając na lojalność wobec kumpeli, decyduje się trzymać od chłopaka z daleka.

Olive, wiedząc, że Anh nie umawia się z Jeremym z uwagi na nią, mówi jej, że zaczęła spotykać się z jakimś mężczyzną. Rzecz w tym, że to naturalnie nieprawda. Żadnego faceta w życiu Smithówny nie ma. Przynajmniej do czasu. Wpadłszy przypadkiem – a jak wiadomo, przypadek to cecha charakterystyczna dla komedii romantycznych – na niejakiego Adama Carlsena (Tom Bateman, tu nieco zbyt robotyczny, a szkoda, bo mógł wzorować się na Garym Cooperze z „Ognistej kuli” Howarda Hawksa czy Henrym Fondzie z „Lady Eve” Prestona Sturgesa, obu z 1941 roku), którego przerażeni studenci określają mianem Doktora Zło, całuje go, by oszukać koleżankę. Naukowiec, mimo że pierwotnie skonfundowany, przemyślawszy to i owo, oferuje Olive układ. Skoro jej zależy na udawaniu związku w imię wyższego dobra, to on jej w tym pomoże. Tak się składa, że jemu też przyda się przykrywka. Jeśli bowiem liczy na przedłużenie grantu, powinien mieć kogoś, kto zakotwiczyłby go na dłużej – przynajmniej w teorii – w Kalifornii.

„The Love Hypothesis” to quasiscrewball, który z jednej strony zręcznie wpisuje się w narrację skupioną wokół niedopasowanej pary (to niedobranie zostaje metaforycznie ujęte w sposobie, w jaki Olive i Adam się odżywiają – ona pakuje w siebie same świństwa, on je szalenie zdrowo), a z drugiej – niejako wbrew konwencji – pokazuje centralne postaci jako persony wcale nie aż tak różne (choć prawdopodobnie neuroróżnorodne). Innymi słowy: panna Smith i doktor Carlsen są jak magnesy, które zarazem się odpychają i przyciągają, w zależności od tego, jakim biegunem się do siebie ustawią. Koncepcja ta sprawdza się raz lepiej, raz gorzej, ale koniec końców najważniejsze jest to, że w ogóle działa. Pomiędzy Olive i Adamem, a także wcielającymi się w nich Reinhart i Batemanem jest na tyle dużo, nomen omen, chemii, że seans filmu Scanlon według niezłego scenariusza Sarah Rothschild wydaje się odpowiednio przyjemny.

Owszem, na drugim planie – poza Ahn – nie ma nikogo interesującego (jest za to stereotypowy przyjaciel-gej, którego gra Jaboukie Young-White), ale to niewiele zmienia. Całość jest wystarczająco zabawna, by czerpać satysfakcję z projekcji. Gdzieś na marginesie są też podniesione takie kwestie jak mizoginia w świecie nauki czy próba radzenia sobie z traumą, ale nie zanieczyszczają one próbki, która trafia pod widzowski mikroskop.

Recenzja filmu The Love Hypothesis; reż. Claire Scanlon; USA 2026; 110 minut