Prawdziwa zmiana

„Nie jestem bezdomna” – powtarza raz po raz Amanda Ogle (Rose Byrne; znana między innymi z „Kopnęłabym cię, gdybym mogła” Mary Bronstein z 2025 roku) i być może ani się nie myli, ani nie kłamie. Ma przecież dach nad głową, w związku z czym jest raczej – by nawiązać do rozgraniczenia pojawiającego się w „Nomadland” (reż. Chloé Zhao, 2020) – bezmiejscowa (czyli – z angielska – houseless, jakże różne od, jeśli przyjrzeć się temu uważnie, homeless). Kobieta, podobnie skądinąd jak grana przez Frances McDormand Fern z nagrodzonego trzema Oscarami utworu, mieszka w swoim samochodzie.

Jak informuje plansza otwierająca „Tow” (2025) w reżyserii Stephanie Laing – twórczyni mającej na koncie filmy „Nie ma drugiej takiej” (2018) i „Rodzinna układanka” (2022) oraz pokaźną sumę odcinków mniej lub bardziej popularnych seriali – według szacunków każdej nocy wzdłuż i wszerz USA nawet trzy miliony ludzi śpi w należących do nich pojazdach. Niby tylko 1 procent populacji kraju, ale to i tak dużo. Amanda należy do grona takich osób.

Nie do końca wiadomo, jak to się stało, że wylądowała w aucie, ale łatwo się domyślić, że przyczyniły się do tego zarówno alkohol (trzeźwa jest od siedmiu miesięcy), jak i opioidy. Chcąc zacząć od nowa, przeniosła się do Seattle w stanie Waszyngton, a by móc podjąć ten krok, gdzieś w oddalonym o mniej więcej półtora tysiąca kilometrów Utah zostawiła córkę Avery (Elsie Fisher), której wmawia, że pracuje w lecznicy weterynaryjnej. Tak naprawdę Ogle jest bezrobotna. Telefon ładuje w barach, myje się w restauracyjnych toaletach, pożywia się na spotkaniach terapeutycznych. Owszem, szuka etatu, ale ilekroć bierze udział w jakiejś rekrutacji, słyszy, że nie ma odpowiednich kwalifikacji.

Gdy wreszcie los się do niej uśmiecha – dostaje propozycję objęcia stanowiska w salonie pielęgnacyjnym dla psów – niczym grom z jasnego nieba spada na nią wiadomość, że skradziono jej wóz. Zdezelowana Toyota Camry z 1991 roku, która ni stąd, ni zowąd znika z parkingu, nie jest wyłącznie maszyną służącą do przemieszczania się z punktu A do punktu B. To jej własne cztery kąty, jej całe życie.

Kiedy szaroniebieskiego gruchota udaje się namierzyć, trafia on na strzeżony teren, lecz należący nie do policji czy miasta, a do prywatnego przedsiębiorcy, który w istocie jest lichwiarzem. Zatrudniony przezeń Cliff (Simon Rex z „Americany” Tony’ego Tosta z 2023 roku) daje Amandzie do zrozumienia, że w celu odzyskania swego mienia musi uiścić opłatę. Ponieważ ona nie godzi się z takim rozwiązaniem, postanawia wejść na drogę sądową. Rezygnując z profesjonalnego reprezentanta, wygrywa, ale oto wyrasta przed nią kolejna przeszkoda.

Okazuje się bowiem, że firma zdążyła wystawić jej samochód na aukcję i komuś go sprzedać. Ogle nie odpuszcza. Co to, to nie. Znalazłszy nocleg w przyparafialnym schronisku zarządzanym przez Barb (Octavia Spencer), która wierzy, że wszystko ma jakieś konsekwencje, i poznawszy tam doświadczające tożsamych problemów Denise (Ariana DeBose) oraz Novę (Demi Lovato), zwraca się o pomoc do działającego pro bono prawnika imieniem Kevin (Dominic Sessa).

Protagonistka „Tow” jest niczym interpretowana przez Julię Roberts tytułowa bohaterka „Erin Brockovich” (reż. Steven Soderbergh, 2000): odważna, uparta, zdeterminowana, gotowa do walki o sprawiedliwość i przeciwstawienia się silniejszym od siebie. Jej batalia z holowniczą korporacją przypomina starcie Dawida z Goliatem. Amanda jest na straconej pozycji, ale – choć pogardzana i przez rządzących, i przez współobywateli, a do tego zawstydzona i niepotrafiąca przyznać się, że funkcjonuje w koszmarnych okolicznościach – nie cofa się przed niczym, by na powrót wsiąść do Toyoty. Proces ten ciągnie się niemal w nieskończoność – w pewnym momencie licznik dobija do 368 dni – lecz Amanda się nie zraża.

Można by uznać, że jest to historia aż nadto napompowana, na wskroś amerykańska i ociekająca charakterystyczną dla jankeskiego kina górnolotnością, gdyby nie fakt, iż wydarzyła się naprawdę. Amanda Ogle, która niepotrzebnie pojawia się na krótko w ujęciu poprzedzającym tyłówkę, to realna postać, która rzeczywiście zasmakowała tego, co Laing – posiłkująca się scenariuszem Jonathana Keaseya i Branta Boivina – pokazuje na ekranie. Mając świadomość, że to nie wytwór wyobraźni filmowców, jest to opowieść na wskroś przygnębiająca. Tak, zwieńczona optymistyczną i podnoszącą na duchu nutą, ale wszak przybliżająca osobę, której koleje życia nie są w Stanach Zjednoczonych żadnym ewenementem.

W „Tow” pojawia się scena, której nie sposób nie czytać ironicznie. Oto przebywające w przytułku kobiety, nim zasiądą do śniadania, ślubują wierność fladze USA. Zabawne, zwłaszcza że Gwieździsty Sztandar symbolizuje republikę, która – co tu dużo mówić – takich jak one ma gdzieś. W Ameryce, przekonuje reżyserka, nawet bezdomność kosztuje, co oznacza tyle mniej więcej, że nie każdego na nią stać.

Recenzja filmu Tow; reż. Stephanie Laing; USA 2025; 105 minut