Dzień wolny

Gdy dwudziestoparoletnia Taylor Prout (Ainsley Seiger) dowiaduje się o niespodziewanej śmierci swego ojca, jej codzienność wywraca się do góry nogami. Nie chodzi nawet o to, że ma teraz żałobę do przeżycia – do tego odniesie się znacznie później, kiedy już zrozumie to i owo – a o to, że musi znaleźć kogoś, kto zastąpi ją w pracy, by ona mogła zająć się formalnościami, na czele z, ot, choćby, pogrzebem. Wnet okazuje się, że łatwiej kogoś zabić, niż dostać dzień wolny, i to dosłownie. Irene Coterill (Tracy Tolliver), jej kierowniczka, jest nieprzejednana (inna sprawa, że dziewczyna nigdy wprost nie przyznaje się, dlaczego potrzebuje urlopu na żądanie). Zbliża się 4 lipca, a skoro tak, to wszystkie ręce na pokład.

Taylor jest zatrudniona w sklepie Party USA, w którym obraca się artykułami okolicznościowymi w amerykańską flagę. Gwiazdy i pasy, czerwienie, biele i błękity są wszędzie. Z głośników nieustannie płyną melodie będące wariacjami na temat hymnu Stanów Zjednoczonych, skądinąd doprowadzające pannę Prout do szewskiej pasji. Okolice Dnia Niepodległości oznaczają oczywiście największy ruch, w związku z czym Taylor – jeśli chce zachować stanowisko (a chce, tym bardziej że tego wymaga od niej grana przez Danę Elaine matka) – musi być na miejscu, zwłaszcza że z Irene ma od jakiegoś czasu na pieńku (kolejne spóźnienia kładą się cieniem na jej przyszłości w firmie). Koleżanki i koledzy – głównie Amanda (Angie Campbell) i Bobby (Joe Hoenig) – nie kwapią się do udzielania wsparcia. Każdy sobie rzepkę skrobie.

Sfrustrowana Proutówna w końcu nie wytrzymuje. Czara goryczy się przelewa, a ona – wprawdzie nie z premedytacją, ale jednak – morduje panią Coterill. Przerażona popełnieniem zbrodni, do której nijak mają się takie przewiny jak spowodowanie manka na kasie, Taylor dzwoni do swojego chłopaka Damiana Ordoneza (Phillip Andre Botello) i prosi go o pomoc w zatuszowaniu przestępstwa oraz ukryciu ciała. Sytuacja komplikuje się, gdy o Irene zaczyna wypytywać jej córka Zhara (Sharahya Carter), o której istnieniu personel nie miał zielonego pojęcia. Jakby tego było mało, nikomu wcześniej nieznana przybyszka angażuje się w relację z Keeganem (Ben Weinswig), półgłówkowatym bratem Taylor.

„Party USA” (2026) to film wyreżyserowany, napisany, a ponadto niemal w całości sfinansowany przez Jareda Sprouse’a. Stawiający pierwsze kroki w branży autor kreśli na poły komediową, a na poły thrillerową opowieść o dziewczynie będącej nie tyle wyrachowaną kryminalistką, co zmęczoną pracownicą, która popełniwszy błąd, wywołuje reakcję łańcuchową o katastrofalnych skutkach (porównania z kinem braci Ethana i Joela Coenów wydają się w tym kontekście nieprzesadzone). Obraz nosi znamiona satyry na to, co dzieje się obecnie za oceanem.

Nie bez powodu akcja utworu rozgrywa się w punkcie parającym się handlem typowo jankeskimi gadżetami, których nie należy bynajmniej utożsamiać z Amerykańskim Snem. To raczej artefakty mające zakamuflować kłamstwo, które zżera tak zwany Nowy Świat od środka. Stany Zjednoczone doby trzeciej dekady XXI wieku to nie kraina mlekiem i miodem płynąca, a pogrążone w licznych kryzysach i pozbawione empatii państwo, w którym sam fakt zajmowania dającego poczucie bezpieczeństwa etatu – nie mówiąc już o posiadaniu ubezpieczenia – jest niczym złapanie Pana Boga za nogi. Na tę chwilę stopa bezrobocia wynosi tam ponad 4 procent, co nie oznacza wcale, że szczęśliwcy z umowami nie funkcjonują na skraju biedy. Miliony ludzi tylko czyhają na to, aż ktoś się potknie. Nic zatem dziwnego, że Taylor nie mówi Irene o tym, co się wydarzyło – wszak zwolnienie pogrążyłoby i ją, i jej rodzinę w finansowym mroku.

Do tego należy, rzecz jasna, dodać jeszcze jeden element, który jest w historii Sprouse’a istotny. Mowa o kwestii rasy. Główna bohaterka, zabiwszy przełożoną, sięga po asa w rękawie. Jako biała osoba zakłada, że denatki, czarnoskórej kobiety, w dodatku uzależnionej w przeszłości od alkoholu, nikt szukać nie będzie, a jeśli policja postanowi się tym zająć, to ona bez problemu zrzuci winę na pochodzącego z Portoryko – mylonego tu bez przerwy z Meksykiem – Damiana, któremu raz po raz wyznaje miłość, ale wraz z każdą kolejną sceną w jej uczucie coraz trudniej uwierzyć. Zgniły kapitalizm, reprezentowany tu przez dyrektora regionalnego nazwiskiem Christian Friday (Jorge A. Sanchez), zbiera swoje żniwo. Dosłownie i metaforycznie. Szydło wychodzi z worka. A pomyśleć, że zaczęło się od chęci wzięcia dnia wolnego.

Recenzja filmu Party USA; reż. Jared Sprouse; USA 2026; 89 minut