Ręce sprawiedliwości

Hattiesburg w stanie Missisipi, rok 1966. Afroamerykanie walczą o równouprawnienie. Vernon Dahmer (Giancarlo Esposito), jeden z liderów Krajowego Stowarzyszenia na rzecz Popierania Ludności Kolorowej (NAACP), zostaje zamordowany przez białych suprematystów, którzy swój występek przypieczętowują spaleniem krzyża przed domem ofiary. Ku Klux Klan.

Skoro wszystko jasne, to pewnie dochodzenie uda się szybko zamknąć, a sprawców zbrodni pociągnąć do odpowiedzialności. Wprost przeciwnie. Tu nikt pary z ust nie puści, zwłaszcza w sytuacji, gdy przesłuchiwaniami zajmuje się Wayne Strider (Yahya Abdul-Mateen II). Pal licho, że jest agentem FBI. Znaczenia nie ma również fakt, że to w zasadzie facet stąd, który – spędziwszy kilka lat na północy kraju – postanowił wrócić na stare śmieci wraz z żoną Allison (Nicole Beharie; znana na przykład z „Love, Brooklyn” Rachael Holder z 2025 roku). Na nic odznaka i na nic pochodzenie. Czarny to czarny – takich na Południu się linczuje, a nie odpowiada na ich pytania.

Ze współpracy nici, a skoro tak, to trzeba szukać innych metod, tym bardziej że prezydentowi Lyndonowi B. Johnsonowi nie podoba się, iż podpisana przezeń ustawa zakazująca dyskryminacji ze względu na rasę nie jest respektowana. Roy K. Moore (David Strathairn z melodramatu „Gdzie śpiewają raki” Olivii Newman z 2022 roku), przełożony Stridera, wyciąga asa z rękawa. Skrzykuje do pomocy mieszkającego na nowojorskim Brooklynie Gregory’ego Scarpę (Mark Wahlberg z „Joego Bella” Reinaldo Marcusa Greena z 2020 roku), łączonego z mafią gangstera i płatnego zabójcę, który jest gościem od brudnej roboty, podnajmowanym przez Federalne Biuro Śledcze do rozwiązywania kwestii na pozór nierozwiązywalnych. To koleżka, który bez większych problemów skłoni potencjalnych podejrzanych do mówienia. Jak? Siłą naturalnie.

To nie tak, że Scarpa jest jakimś abolicjonistą. Co to, to nie. Na sumieniu ma po prostu tyle grzechów, że opłaca mu się dogadywać z FBI. Zlecenie to zlecenie. Nieważne, kogo trzeba sprać na kwaśne jabłko. Teraz chodzi o zbirów z KKK, ale gdyby miał użyć kija baseballowego przeciwko Afroamerykanom, to przypuszczalnie by się nie wahał (nie tak trudno zresztą wyobrazić sobie taką ewentualność – wszak to dokładnie ten sam czas, w którym J. Edgar Hoover i jego podwładni inwigilują Martina Luthera Kinga, Malcolma X czy Muhammada Aliego). Okoliczności są więc, jakie są, a Wayne i Gregory rozpoczynają czynności. Nie ramię w ramię, bo ten pierwszy woli działać w granicach wszelkich norm, zaś ten drugi – zgodnie skądinąd z tytułem utworu, który przybliża ich losy – ponad prawem (sam porównuje się do Jamesa Bonda i mówi, że posiada licencję na zabijanie).

Wprawdzie FBI nigdy nie potwierdziło, że korzystało z usług Scarpy, ale wiele wskazuje na to, że ta historia wydarzyła się naprawdę (Strider to jednakowoż postać fikcyjna, inspirowana szeregiem ciemnoskórych agentów). Jako że sam temat jest szalenie filmowy i niestety – z uwagi na to, co raz po raz dzieje się w USA – aktualny, nie powinno bynajmniej dziwić, że reżyser Elegance Bratton, posiłkując się scenariuszem autorstwa Saschy Penna, postanowił go zekranizować. Twórca, mający na koncie pięć nieszczególnie rozpoznawalnych pełnych metraży, utrzymuje tę opowieść w duchu kina spod znaku blaxploitation. Jest zatem krwawo, a także w zgodzie z zacięciem społecznym.

Abstrahując od wylewającej się z kadru brutalności, która dla ważkości samego przekazu ma oczywiście sens, tym, co wypada w „Ponad prawem” (2026) najciekawiej, jest relacja pomiędzy głównymi bohaterami, mężczyznami funkcjonującymi na przeciwległych biegunach. Wayne trzyma się zasad, Gregory je łamie. To jeszcze nic. Scarpa wyraźnie podsyca Stridera do przekroczenia linii oddzielającej to, co wypada i należy, od tego, co nie mieści się w obrębie przepisów. O ile Allison jest niczym anielica, która hamuje niszczycielskie popędy męża, o tyle przybysz z Nowego Jorku jawi się jako diabeł zachęcający do poddania się instynktom. Podszepty Gregory’ego padają notabene na podatny grunt – Wayne czuje, że nadstawienie drugiego policzka nie wystarczy; trzeba się zradykalizować.

„Rozwalam łby” – powtarza parokrotnie Scarpa. I tak też czyni. Obrana przezeń ścieżka może przynieść katharsis, ale warto zarazem pamiętać o tym, że przemoc nie zawsze jest rozwiązaniem.

Recenzja filmu Ponad prawem (By All Means); reż. Elegance Bratton; USA 2026; 107 minut