Rowerem po okręgu
Gdy młody Alvy Singer (Jonathan Munk) z „Annie Hall” (1977) Woody’ego Allena przeczytał, że wszechświat stale się rozszerza, jego egzystencja straciła wszelki sens. Od matki (Joan Newman) usłyszał, że nie powinno go to obchodzić, ponieważ Brooklyn, na którym dorasta, wcale się nie rozwija. I nie będzie się rozwijał przez miliony lat.
Roger (André Holland), nowojorski pisarz po czterdziestce, najlepiej czuje się wtedy, gdy w pojedynkę przemierza brooklyńskie ulice. Nie piechotą, nie samochodem, a na rowerze. Obserwując go w trakcie jazdy na dwóch kółkach, można odnieść wrażenie, że w tym konkretnym momencie nic innego się dlań nie liczy. Mężczyzna, pokonując kolejne kwartały cudnie zadrzewionych i względnie pustych – a mowa przecież o tętniącym na co dzień życiem Wielkim Jabłku – arterii, zapomina o bożym świecie. A tak się składa, że na głowie ma całkiem sporo.
Nie dość, że nieubłaganie zbliża się termin oddania artykułu poświęconego zmianom zachodzącym w mieście (a zwłaszcza w zamieszkiwanym przezeń okręgu), którego przygotowywanie idzie mu skądinąd jak krew z nosa, to jeszcze targają nim rozterki natury uczuciowej.
Serce Rogera jest rozdarte pomiędzy dwiema kobietami. Casey (Nicole Beharie; znana z „892” Abi Damaris Corbin z 2022 roku), właścicielka lokalnej galerii sztuki, to jego była dziewczyna, z którą obecnie łączy go głęboka przyjaźń. Nicole (DeWanda Wise) natomiast, masażystka i matka samotnie wychowująca dziecko, jest, zdaje się, jego obecną partnerką, choć bardziej jawi się jako plan B (słowem: osoba, z którą można spędzić upojny wieczór w łóżku).
Roger utknął w martwym punkcie. Nie tylko z pracą stoi w miejscu, ale i z własną egzystencją. Ucieleśniana przez Casey przeszłość nie daje mu o sobie zapomnieć. Personifikowana przez Nicole teraźniejszość nie realizuje jego oczekiwań. Wszystko to przyczynia się zaś do tego, że o przyszłości może co najwyżej pomarzyć.

Urodzona na Long Island i dorastająca w rodzinie imigrantów z Gujany Rachael Holder, absolwentka zarówno Fordham University, jak i Tisch School of the Arts, debiutuje filmem „Love, Brooklyn” (2025), którego światowa premiera odbyła się na Sundance (w Europie zaprezentowano go po raz pierwszy na festiwalu w Londynie). Choć to, by tak rzec, poprawne kino, to zarazem nie do końca spełnione. Trudno nie zauważyć, iż reżyserka próbuje złapać zbyt wiele srok za jeden ogon, co ostatecznie przekłada się na to, że na każdej poruszanej płaszczyźnie Holder zatrzymuje się w pół drogi, w związku z czym jej konkluzje są zwyczajnie nijakie lub redundantne względem tego, co proponowała X muza na przestrzeni ostatnich paru dekad.
Na poziomie emocjonalnym „Love, Brooklyn” to po prostu wtórna opowieść o trójkącie miłosnym, w który zaangażowani są bohaterowie pogubieni, niewiedzący, czego chcą od siebie nawzajem (oraz oczywiście od życia jako takiego), mający ogromny problem z komunikacją. Nie jest bowiem tak, że wyłącznie Roger tkwi w sytuacji zawieszenia. Z Casey i Nicole jest podobnie. Im też doczesność wymyka się spod kontroli.
Dawna wybranka protagonisty mierzy się z przekształceniami, jakich doświadczają i Nowy Jork, i jego czarna społeczność, na czele z postępującą gentryfikacją, która sprawia, że prowadzony przez nią biznes staje nierentowny, a na odziedziczoną przez nią kamienicę – po babci, co oznacza, że Casey jest rodowitą mieszkanką Brooklynu, w przeciwieństwie do Rogera, przybysza z zewnątrz, najprawdopodobniej z Tuskegee w Alabamie, na co wskazuje noszona przez niego koszulka z nazwą tamtejszej uczelni – ostrzą sobie zęby krwiopijcy z rynku nieruchomości. To bodaj najciekawszy temat, któremu przygląda się Holder. Sęk w tym, że jest on potraktowany po łebkach, co wydaje się o tyle dziwne, iż – jako się rzekło – tekst pisany przez Rogera dotyczy właśnie przeobrażeń dotykających miasta.
Aktualna kochanka postaci interpretowanej przez Hollanda również zmaga się z przeciwnościami losu, spośród których tą doskwierającą jej najmocniej jest żałoba po zmarłym mężu, ale to wątek ledwo ledwie zasygnalizowany, niepociągnięty, porzucony trochę ni stąd, ni zowąd. Czyżby zatem winę za kształt filmu trzeba zrzucić na scenarzystę Paula Zimmermana? Niewykluczone, choć niemal pewne jest to, iż bardziej doświadczona osoba za kamerą lepiej wywiązałaby się z powierzonego jej zadania. Czuć, że Holder dopiero raczkuje na gruncie pełnometrażowych historii (na koncie ma kilka odcinków seriali). Zadośćuczynienia nie przynoszą niestety fotografie Martima Viana, ale przyznać trzeba, że Brooklyn w jego obiektywie – zwłaszcza w sekwencjach rowerowych – wygląda obłędnie. To jednak zdecydowanie za mało, by uznać debiut Holder za dzieło udane. A co z samym okręgiem? Zaczął się rozwijać?



