Na muszce

Gus Van Sant, który za kamerą nie stał od ładnych paru lat – uprzednio, w 2018 roku, zrealizował film „Bez obaw, daleko nie zajdzie” – zaczyna „Desperata” (2025) z przytupem. Chciałoby się wręcz powiedzieć, że nie bierze jeńców, ale tak się składa, iż w tym konkretnym przypadku jest właśnie zgoła inaczej. Najnowszy utwór reżysera, zainspirowany realnymi wydarzeniami, do jakich doszło w drugiej połowie ósmej dekady ubiegłego wieku, otwiera sekwencja, w której główny bohater uprowadza zakładnika.

Indianapolis w stanie Indiana. Wtorkowy poranek 8 lutego 1977 roku (Van Sant jest bardzo skrupulatny, jeśli o rzucanie datami idzie, tym bardziej że cała akcja rozpisana jest na kilkadziesiąt godzin). Tony Kiritsis (Bill Skarsgård) wparowuje do biura na spotkanie z finansistą M. L. Hallem (Al Pacino), a nie zastawszy go na miejscu – i to pomimo faktu, iż panowie byli wcześniej umówieni – porywa jego syna Richarda (Dacre Montgomery; znany między innymi z „Galerii złamanych serc” Natalie Krinsky z 2020 roku). Przywiązawszy do szyi młodzieńca drut ze strzelbą na drugim końcu (stąd też oryginalny tytuł filmu, czyli „Dead Man’s Wire”), zabiera go do siebie do mieszkania.

Prowizoryczny na pozór mechanizm jest genialny w swej prostocie. Wystarczy, że Richard wykona choćby jeden gwałtowny ruch, a broń wypali. Podobnie stanie się w chwili, gdy ktoś – na przykład policjant – postanowi zaatakować Tony’ego. To dlatego mężczyzna z taką beztroską wychodzi na ulicę i z naładowanym obrzynem w ręku paraduje przed gliniarzami.

A po co to wszystko? Otóż Tony uważa, że został oszukany przez krwiopijców z sektora bankowego, w związku z czym teraz domaga się nie tylko wymiernego zadośćuczynienia (umorzenia długów oraz opiewającej na kwotę 5 milionów dolarów rekompensaty), ale i – a może zwłaszcza – przeprosin, które przy okazji pogrążą towarzystwo zarządzane przez Hallów w oczach Jankesów. „To przedsiębiorstwo wyrządziło mi krzywdę, więc chcę, żeby świat się o tym dowiedział” – wyznaje Tony trzymanemu na muszce Richardowi.

Wyreżyserowany przez Van Santa w oparciu o scenariusz Austina Kolodneya „Desperat” to stylowy thriller kryminalny, który pełnymi garściami czerpie zarówno z estetyki, jak i z myśli oraz prądów cechujących kino produkowane w latach siedemdziesiątych w Stanach Zjednoczonych. Utwór jawi się szczególnie jako spadkobierca powstałego w duchu kontestacji „Pieskiego popołudnia” Sidneya Lumeta z 1975 roku, czyli opowieści będącej rekonstrukcją rzeczywistego napadu na nowojorski bank, jakiego dokonała para przestępców (w tych rolach – uwaga! – grający u Van Santa Pacino oraz John Cazale), która za sprawą relacjonującej incydent na żywo telewizji zaskarbiła sobie sympatię współobywateli, co – w dobie wojny w Wietnamie oraz afery Watergate – dało wyraz rozczarowaniu państwem odczuwanemu przez Amerykanów.

W „Desperacie”, którego polski tytuł doskonale skądinąd oddaje postawę naczelnej postaci, jest podobnie. Kiritsisowi nie zależy na tym, by się ukrywać. Pragnie być zauważony. Dość szybko przyznaje, że nie jest złym człowiekiem, lecz facetem wściekłym na to, co mu zrobiono, a przez to chcącym obnażyć prawdziwe oblicze kapitalistycznych i mataczących na rynku nieruchomości bandytów. To, że media podchwytują temat – czwartą władzę reprezentuje tu raczkująca w zawodzie Linda Page (Myha’la) oraz Fred Temple (Colman Domingo; nominowany do Oscara za występ w „Sing Sing” Grega Kwedara z 2023 roku), prezenter radiowy i idol Tony’ego – jest dlań niczym manna z nieba.

Gdy Kiritsis przedstawia się jako zwyczajny gość z ludu, zdradzony, upokorzony i odarty z szacunku przez silniejszych, Jankesi entuzjastycznie reagują na te słowa i biorą jego stronę (co znamienne, kiedy w grudniu 2024 roku niejaki Luigi Mangione zamordował na Manhattanie Briana Thompsona, prezesa odpowiedzialnej za ubezpieczenia zdrowotne firmy UnitedHealthcare, wielu Amerykanów uznało go za bohatera). Van Sant w miarę dyskretnie pokazuje sposób, w jaki przesłanie jego protagonisty/antagonisty rezonuje ze społeczeństwem, a paralele pomiędzy przeszłością a teraźniejszością kreśli niemal niezauważalnie. Reżyserowi nie zależy na epatowaniu skandalem czy sensacją – w przeciwieństwie do dziennikarzy, którzy podkręcają sytuację – a na uwypukleniu pewnych mechanizmów, jakimi od dawna rządzą się USA (Temple, poza tym, że jest redaktorem pracującym w lokalnej stacji, figuruje również jako celebryta, a ci zawsze jakimś cudem znajdują się w samym centrum wydarzeń).

Poruszona przez Van Santa kwestia jest, nie ma co ukrywać, poważna, ale autor rysuje anegdotę z lekkością, zwłaszcza na poziomach wizualnym i audialnym. Na tym pierwszym reżyser – wespół ze zdjęciowcem Arnaudem Potierem – pozwala sobie na surowość oraz obserwacyjny charakter opowiadania. Na drugim zaś muzyka ilustracyjna Danny’ego Elfmana miesza się z takimi piosenkami jak „Cannock Chase” Labiego Siffre’a, która stanowi zresztą fenomenalny kontrapunkt do sekwencji policyjnego pościgu, czy „Raindrops Keep Fallin’ on My Head” B. J. Thomasa (mrugnięcie okiem, zapewne nieprzypadkowe, do westernu o buntownikach pod tytułem „Butch Cassidy i Sundance Kid” George’a Roya Hilla z 1969 roku). Jak składać hołd kinu sprzed lat, to właśnie tak.

Recenzja filmu Desperat (Dead Man’s Wire); reż. Gus Van Sant; USA 2025; 105 minut