Ballada o kowbojach i Indianach
Jeśli Americana to wszystko to, co składa się na esencję Stanów Zjednoczonych – od symboli przez przedmioty aż po zjawiska uznawane za typowo jankeskie i tworzące obraz historii, tradycji oraz tożsamości USA (vide: Gwieździsty Sztandar, szarlotka, przydrożne stacje benzynowe i dinery, muzyka country) – to jest coś znamiennego, a zarazem niepokojącego w fakcie, iż film, którego tytuł jest tożsamy z przywołanym pojęciem, zaczyna się od ujęcia wystrzału z rewolweru.
Czyżby zatem Tony Tost, reżyser „Americany” (2023), sugerował, że tym, co współcześnie definiuje kraj Wuja Sama, były broń i szeroko pojęta przemoc? Tak, ale to nie koniec. Autor idzie bowiem o krok dalej. Wprawdzie nie odkrywa, nomen omen, Ameryki, ale poprzez zaprzęgnięcie do anegdoty swoistego MacGuffina przypomina widzowi, że USA zostały w zasadzie ufundowane na agresji, ucisku oraz zawłaszczeniu. Jasne, nie ma w tej konstatacji nic rewolucyjnego, ale raz na jakiś czas warto przypominać, że Stany Zjednoczone – mimo iż potrafią być wspaniałe – mają swoje za uszami, i to nie od dziś, a właściwie od zawsze.
Rzeczonym MacGuffinem jest warta co najmniej pół miliona dolarów koszula duchów Lakotów, na którą zęby ostrzy sobie kilkoro mieszkańców zabitych dechami terenów Dakoty Południowej (filmowanych głównie w Nowym Meksyku). Bodaj największą chrapkę na artefakt ma niejaki Roy Lee Dean (Simon Rex; znany między innymi z „Wyspy chciwości” Potsy’ego Ponciroliego z 2024 roku), założyciel Muzeum Autentycznego Dziedzictwa Zachodu i właściciel sklepu z indiańskimi pamiątkami, który kradzież odzienia zleca Dillonowi MacIntoshowi (Eric Dane).
Gdy drobny oprych, zdobywszy już przedmiot, dowiaduje się, że można na nim zarobić więcej, niż oferuje mu zleceniodawca, postanawia nawiać z mistyczną szatą. Do ucieczki namawia swoją dziewczynę Mandy Starr (Halsey), która nie tylko odmawia, ale też – mając dosyć bycia pomiataną – wymierza mężczyźnie sprawiedliwość, uderzając go młotkiem w tył głowy. Przejąwszy jego samochód, odjeżdża w siną dal, porzucając tym samym jedenastoletniego brata o imieniu Cal (Gavin Maddox Bergman), który – prawdopodobnie naoglądawszy się zbyt dużo telewizji – uważa, iż jest reinkarnacją Siedzącego Byka, zmarłego w 1890 roku wodza Siuksów. Nie dość, że uzbrojony w łuk chłopiec dobija Dillona, to jeszcze oferuje swą pomoc w odzyskaniu koszuli lokalnemu plemieniu, któremu przewodniczy Ghost Eye (Zahn McClarnon).
Do grona zainteresowanych ubraniem należy ponadto doliczyć jąkającą się kelnerkę Penny Jo Poplin (Sydney Sweeney z „Kresów szczerości” Michaela Pearce’a z 2025 roku), marzącą o wyjeździe do Nashville w Tennessee i rozpoczęciu tam kariery piosenkarskiej, oraz niezdarnego weterana Lefty’ego Ledbettera (Paul Walter Hauser z „Podżegaczy” Douga Limana z 2024 roku), który decyduje się wesprzeć dziewczynę w realizacji jej pragnień.

Tost, który ma, ot, choćby, doktorat z filologii angielskiej, jest doskonale przygotowany – przynajmniej na poziomie teoretycznym – do opowiadania o Stanach Zjednoczonych, co udowodnił przybliżającym realia Wielkiego Kryzysu serialem „Damnation” (2017-2018), który powstał z pożywki kinem kowbojskim spod znaku Johna Forda, Howarda Hawksa i Sama Peckinpaha, japońskimi filmami samurajskimi, naturalistycznymi kryminałami z lat siedemdziesiątych, prozą takich pisarzy jak Dashiell Hammett czy James Ellroy oraz twórczością Johnny’ego Casha i Merle’a Haggarda.
I rzeczywiście: na gruncie koncepcji „Americana”, reżyserski debiut Tosta, jawi się jako wariacja na temat westernu, z którego aż kipi od wymienionych tu inspiracji, a także jako hołd dla struktury zaproponowanej niegdyś w „Pulp Fiction” (1994) przez Quentina Tarantino (wydarzenia prezentowane są na ekranie niechronologicznie, w związku z czym już z pierwszego rozdziału odbiorca dowiaduje się o zabiciu Dillona przez Cala). To naładowana brutalnością i kolejnymi trupami czarna komedia zamknięta w ramach najbardziej jankeskiego z gatunków filmowych, a przy okazji utwór, który pełnymi garściami czerpie z dziejów X muzy jako dziedziny sztuki. Innymi słowy: to zręczna stylizacja, a zarazem coś, czego być może nie powstydziliby się bracia Ethan i Joel Coenowie.
Sęk w tym, że to również obraz grubymi nićmi szyty. Każda z postaci jest tu ekscentryczna aż do bólu, przez co trudno z kimkolwiek sympatyzować (skrajnym przypadkiem jest zdecydowanie Cal, który dokonuje przywłaszczenia kulturowego i z uporem maniaka zatraca się w tym, co sobie ubzdurał, nieznośnie paląc głupa, gdy jak najprawdziwszy Indianin – amator Karla Marxa i Slavoja Žižka (!) – stara się wyperswadować mu to i owo). Koniec końców „Americana” jest sztuczna, co chyba zakrawa na paradoks, zwłaszcza że całość wygląda i brzmi cokolwiek nieźle lub wręcz – by tak rzecz – autentycznie. Finał zaś – prezentujący sekwencję o charakterze klasycznego meksykańskiego impasu – to już istne przegięcie, tym bardziej, że Tost chce nim skomentować wszelkie bolączki współczesności, na czele z trzymającym się mocno patriarchatem. Co za dużo, to niezdrowo.



