Spadek
Co łączy tak różne dzieła jak „Mandarynka” (2015) Seana Bakera, „Jej dom w mocy snu” (2017) Scotta Barleya, „Niepoczytalna” (2018) i „Wysokie loty” (2019) – oba w reżyserii Stevena Soderbergha – czy wreszcie „28 lat później” (2025) Danny’ego Boyle’a? Otóż wszystkie zostały zrealizowane przy użyciu iPhone’ów. Wydawać by się mogło, że to nieodpowiedni sprzęt do robienia profesjonalnego kina, ale wymienieni tu autorzy udowadniają, że to nieprawda. Wykorzystując obiektywy smartfonów (nie tylko marki Apple), twórcy próbują – to nic, że kosztem jakości obrazu – zwiększyć immersję oraz autentyczność przekazu (na podobny efekt obliczone są skądinąd eksperymentalne i wciąż szalenie rzadkie filmy jednoujęciowe) oraz nadać serwowanej historii osobisty ton.
Nie inaczej jest w przypadku thrillera „Klucz do przeszłości” (2025) Neila Burgera – tego od recenzowanej tu „Córki króla moczarów” (2023) – który, owszem, postanowił użyć iPhone’a w celu zintensyfikowania widzowskiego przeżycia (mowa wszak o formule mającej wywołać, nomen omen, dreszcze) oraz spotęgowania niemal intymnego charakteru anegdoty (to przecież, było nie było, saga rodzinna), ale także po to, by nie ingerować zbytnio w otoczenie, w jakim utwór powstawał (do tego stopnia, że ekipa zrezygnowała i z dodatkowego oświetlenia, i z mikrofonów na tyczce).
Wynik?
Nie dość, że wybory artystyczne dokonane przez Burgera są niezadowalające – na próżno szukać tu mocnych wrażeń, które zapewniłyby odbiorcy nasilone zanurzenie w opowieści – to jeszcze jego szlachetne na pozór podejście do procesu zdjęciowego trąci w istocie fałszem (czyżby partyzanckie w gruncie rzeczy metody produkcji miały najzwyczajniej w świecie pomóc w zaoszczędzeniu pieniędzy na, ot, choćby, pozwoleniach na kręcenie w licznych zagranicznych lokacjach?). Szkoda.
Na pogrzebie matki Maya (Phoebe Dynevor; niewykluczone, że najjaśniejszy punkt spektaklu) natrafia na niewidzianego od wieków ojca. Sam (Rhys Ifans; znany między innymi z „Matki, kanapy” Niclasa Larssona z 2023 roku), pragnąc bodaj zadośćuczynić córce, oferuje jej pracę w branży nieruchomości, w której siedzi od lat. Zaproponowane przezeń wynagrodzenie, wypłacane ponadto z góry, jest na tyle duże, że kobieta – pomimo braku doświadczenia i obaw wyrażanych przez siostrę imieniem Jess (Kersti Bryan) – godzi się opuścić Nowy Jork i kieruje się wraz z mężczyzną do Kairu. W stolicy Egiptu na jaw wychodzi, że Sam miał – a może i nadal ma – powiązania z organizacjami szpiegowskimi.

Brzmi poważnie, ale Maya bynajmniej się nie zraża, zwłaszcza że nic – poza posiadanym przez Sama paszportem na nieznane nazwisko – nie wskazuje na to, by komukolwiek groziło niebezpieczeństwo. Sytuacja wywraca się do góry nogami, gdy którejś nocy tatko znika, po czym dzwoni do swej latorośli, informując ją, by ta czym prędzej uciekała i spotkała się z nim za kilka godzin w jakiejś knajpce. Maya, zastosowawszy się do instrukcji, udaje się na wyznaczone miejsce, lecz ojca tam nie zastaje. Okazuje się, że został uprowadzony. Porywacze wyznaczają dziewczynie zadanie. Jeśli chce, by Sam wrócił do domu cały i zdrowy, Maya musi przekazać im zawartość skrytki depozytowej z mumbajskiego banku. W związku z tym leci do Indii, nieświadoma tego, że nie jest to wcale ostatni kraj, w jakim wyląduje w ciągu najbliższych dni. Sprawy komplikują się dużo bardziej, gdy w pościg za nią ruszają agenci Interpolu.
Jeśli ta krótka rekonstrukcja fabuły brzmi znajomo czy wręcz banalnie, a potencjalne rozwiązania akcji wydają się przewidywalne, to tak faktycznie jest. „Klucz do przeszłości” niczym nie zaskakuje. To po prostu kolejny film o pogrążonej w żałobie bohaterce, która wpada jak śliwka w kompot, a by wykaraskać siebie i ojca z tarapatów, podejmuje decyzje, o jakich podjęcie do niedawna nawet się nie podejrzewała. W napisanym przez Burgera i Olena Steinhauera scenariuszu aż roi się od elementów typowych dla tego rodzaju kina. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby reżyser potrafił operować napięciem na tyle, by na dłuższą chwilę chwycić oglądającego za gardło. Wprawdzie udaje mu się to w jednej sekwencji, czyli w intensywnym pościgu po ulicach Delhi, ale to zdecydowanie za mało, żeby utrzymać emocjonalne zaangażowanie.
Kręcenie iPhone’ami miało wzmóc doznania, a przysłużyło się raczej temu, że „Klucz do przeszłości” wygląda na poły amatorsko. Jasne, sięgnięcie po lekkie i nierzucające się w XXI wieku w oczy telefony ułatwiło Burgerowi upodobnienie warstwy wizualnej do silnie zsubiektywizowanej gry komputerowej (czegoś na wzór strzelanki pierwszoosobowej), ale zarazem przyczyniło się do tego, że podczas seansu aż ma się ochotę wyłapywać błędy popełnione przez twórców (jest tu na przykład moment, w którym do otaczających protagonistkę ludzi – niebędących przecież statystami – zaczyna docierać, co się dzieje, a ich zaaferowanie staje się widoczne gołym okiem). Może i urządzenia, którymi Burger zarejestrował tę historię, dały mu swobodę oraz skłoniły do improwizacji, ale na pewno forma nie idzie tu w parze z treścią.



