Persona non grata

W sekwencji otwierającej „Westhampton” (2025) Christiana Nilssona, rozgrywającej się skądinąd w kinowej toalecie, co w tym przypadku nie wróży bynajmniej niczego dobrego, dwaj mężczyźni rozmawiają o obejrzanym właśnie filmie i stwierdzają, że to taka szmirowata wersja „Powrotu do Garden State” (reż. Zach Braff, 2004). Nie sposób nie odnieść wrażenia, że tak oto Nilsson mówi w istocie o swoim utworze, chcąc tym samym skokietować widza. Wszak nie może być aż tak źle, prawda?

Sęk w tym, że im dłużej trwa „Westhampton”, a żart nawiązujący do komediodramatu z Natalie Portman w jednej z głównych ról pojawia się coraz częściej, przymilanie się do odbiorcy przekształca się najpierw w nadskakiwanie mu, a następnie w zwykłe asekuranctwo. Wprawdzie dyskutujący nad pisuarami faceci nie odnoszą się do projektu Nilssona – przynajmniej nie bezpośrednio – ale trudno się z nimi nie zgodzić co do ogólnej oceny sytuacji. „Westhampton” bez wątpienia przypomina „Powrót do Garden State” i faktycznie ociera się o szmirę. Zdanie, które miało funkcjonować na zasadzie komicznego refrenu, okazuje się proroctwem, i to ponurym.

Sprawy zaś mają się tu następująco. Tom Bell (Finn Wittrock z „Miasteczka Owl” Hamisha Linklatera i Lily Rabe z 2023 roku), mieszkający w Los Angeles reżyser, przyjeżdża do rodzinnej mieściny, czyli – a jakżeby inaczej – położonego na Long Island w stanie Nowy Jork Westhampton, by z opustoszałego domu, w którym dorastał, zabrać wszystkie przedmioty, na jakich mu zależy. Żeby było ciekawiej, chwilę wcześniej do dystrybucji wszedł jego najnowszy film, autobiograficzna opowieść pod tytułem – uwaga! – „Westhampton”, za pomocą której zapragnął rozliczyć się z bolesną przeszłością. Otóż jako nastolatek Tom spowodował wypadek samochodowy, w którym ucierpiała jego ówczesna dziewczyna. Nie dość, że feralne zajście i tak do dziś rzuca się cieniem na lokalnej społeczności (chodzi o niespełna cztery tysiące osób), to jeszcze przeniesienie go na ekran tylko dolewa oliwy do ognia.

Nic zatem dziwnego, że kiedy Bell trafia na Wschodnie Wybrzeże, a o jego wizycie dowiadują się tuziemcy, którzy nigdy okolicy nie opuścili – wśród nich jest Dickie (Jake Weary), niegdyś najlepszy kumpel Toma, a do tego brat ofiary, obecnie zaś policjant – robi się paskudnie.

Próba poddania recyklingowi anegdoty znanej między innymi z „Powrotu do Garden State” nie byłaby żadnym wykroczeniem – co to to nie! – gdyby Nilsson miał blade choćby pojęcie o tym, co swym drugim filmem chce przekazać (uprzednio, w 2021 roku, podpisał się pod thrillerem „Kamera samochodowa”, który przeszedł w zasadzie bez echa). Pal licho, że „Westhampton” to dzieło do bólu przewidywalne i zwyczajnie kiepsko zagrane (od ról pierwszoplanowych począwszy, a na epizodach skończywszy). Tym, co razi szczególnie, jest brak głębi.

Serwowane przez Nilssona studium postaci jest szalenie powierzchowne. Interpretowany przez Wittrocka Tom to bohater nijaki albo – żeby nie było – zbudowany z samych klisz. Jasne, walczący z traumami i ranami, które wciąż nie zdążyły się zabliźnić, ale niewyzwalający w oglądającym żadnych emocji. Niełatwo się z nim utożsamić, niełatwo go polubić. Na podejmowane przezeń działania składa się szereg absurdów, które zamiast przybliżać go do stanu katharsis, wyłącznie go od niego oddalają. Przykład pierwszy z brzegu: zażywanie narkotyków z dopiero co poznaną Avery (Amy Forsyth).

Nilsson przeplata kreśloną przez siebie historię z utworem wyreżyserowanym przez protagonistę, nakręconym w czerni i bieli, prawdopodobnie na 16-milimetrowej taśmie, odsyłającym tematycznie do „Ostatniego seansu filmowego” (1971), arcydzieła Petera Bogdanovicha, ale ze wszech miar dużo bardziej pretensjonalnym. Abstrahując od tego, iż „Westhampton” Bella zaiste zakrawa na gniota – by ponownie przywołać opinię mężczyzn w toalecie – warto zauważyć, a zarazem docenić funkcję, jaką monochromatyczne wstawki pełnią w „Westhampton” Nilssona. Owszem, jest to całkiem sprytny zabieg sięgnięcia po retrospekcje, które – jak wynika z finału – stanowią równocześnie kontrapunkt dla tego, co stało się w rzeczywistości. To niestety za mało, by poczuć satysfakcję z projekcji, która – na domiar złego – wraz z każdą kolejną minutą nasiąka niepotrzebnie jakimiś pokracznymi sensami, metaforami i symbolami, o czym doskonale świadczy sama końcówka, a mianowicie scena przedzierania się przez ustawiony na atlantyckiej plaży labirynt z prześcieradeł. Co za dużo, to niezdrowo.

Recenzja filmu Westhampton; reż. Christian Nilsson; USA 2025; 94 minuty