Samolotem przez czas
Jeśli w serialu „Mad Men” (2007-2015) – będącym skądinąd jedną z najlepszych propozycji programowych, jakie tradycyjna telewizja złożyła widzowi w swej niespełna stuletniej historii – agencja reklamowa chce odtrąbić sukces, jej klientem musi być linia lotnicza. Im bogatsza oferta przewoźnika, z którym udało się podpisać umowę, tym większa radość ludzi z marketingu. Mówiąc krótko: im dalej, tym lepiej. Podróże wewnątrzstanowe uchodzą za przystawkę. Prawdziwym rekinom z tej branży, pracującym w stojących na Manhattanie drapaczach chmur i zasiadającym w biurach na rogach budynków, a więc z widokiem na dwie strony świata, zależy na obsługiwaniu biznesów, które świadczą wojaże ogólnokrajowe lub zaoceaniczne.
Trans World Airlines (w skrócie TWA), to jedno z przedsiębiorstw, które latało zarówno po całych Stanach Zjednoczonych, jak i do Europy, a nawet na Bliski i Daleki Wschód (działało w latach 1930-2001). Gdyby Don Draper (Jon Hamm), główny bohater „Mad Men”, których akcja toczy się w latach sześćdziesiątych, złotym wieku reklamy i lotnictwa, pozyskał tak dużego gracza jak TWA – abstrahując już od tego, że złapałby tym samym Pana Boga za nogi – jego spot zachęcający Amerykanów do korzystania z usług tej konkretnej firmy transportowej mógłby wyglądać jak „Nocny lot aeroplanem” (2026).
Wprawdzie film ten wyreżyserował debiutujący za kamerą John Travolta, aktor znany z „Gorączki sobotniej nocy” (reż. John Badham, 1977), „Grease” (reż. Randal Kleiser, 1978) czy „Pulp Fiction” (reż. Quentin Tarantino, 1994), a także pilot – nie tylko na ekranie (vide: „I kto to mówi” Amy Heckerling z 1989 roku), lecz i w życiu codziennym (posiada licencję na prowadzenie Boeingów 707 i 747) – ale nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż za jego realizację odpowiada protagonista „Mad Men”, postać, bądź co bądź, fikcyjna, zwłaszcza że w utworze zaklęta jest nostalgia za przeszłością, czyli – jak to określił Draper w trzynastym odcinku serialu – „wehikuł czasu zabierający człowieka tam, dokąd ten bardzo pragnie udać się z powrotem”.
„Nocny lot aeroplanem”, powstały na bazie „Propeller One-Way Night Coach”, książki dla najmłodszych, którą Travolta wydał w 1997 roku, to autobiograficzna opowieść przenosząca odbiorcę – choć w większej mierze samego autora – do innej rzeczywistości, dziś już nieistniejącej, mocno wyidealizowanej, co nie oznacza bynajmniej, że w stu procentach zakłamanej czy zakrzywionej.

Nowy Jork, rok 1962. W Białym Domu zasiada John Fitzgerald Kennedy, trwa Zimna Wojna, a w głowach Jankesów wciąż tli się wspomnienie o zażegnanym kilka tygodni wcześniej kryzysie kubańskim. Wszystko to nie ma najmniejszego znaczenia dla Jeffa (Clark Shotwell), ośmiolatka, który właśnie odbywa pierwszą wyprawę samolotem. Chłopiec, miniaturowa wersja Howarda Hughesa, największy miłośnik awiacji na Wschodnim Wybrzeżu, wreszcie spełnia swoje marzenie, w czym pomaga mu matka imieniem Helen (Kelly Eviston-Quinnett), zbliżająca się do pięćdziesiątki aspirująca aktorka, która dostała zaproszenie do Hollywood.
Ponieważ rodziny nie stać na bezpośrednią wycieczkę odrzutowcem, Jeff i Helen podróżują do Los Angeles maszyną o napędzie turbośmigłowym, zaliczając przystanki w Pittsburghu (Pensylwania), Dayton (Ohio), Chicago (Illinois), Kansas City (Missouri) i Denver (Kolorado). Po drodze ona podrywa siwiejących mężczyzn, którzy prawdopodobnie nie mają już żon, ale noszą za to wypchane po brzegi portfele, a on zachwyca się urokami, jakich dostarczają mu statki powietrzne, w tym stewardessami: najpierw Liz (Olga Hoffmann), a potem Doris (Ella Bleu Travolta; prywatnie córka reżysera).
To w zasadzie cała anegdota. Nic więcej się tu nie dzieje, a i tak patrzy się na tę historię z ogromną przyjemnością. „W całym ciele czułem nieznaną mi wcześniej ekscytację” – mówi głosem Travolty narrator. Twórca teleportuje oglądającego do epoki, która odeszła wraz z rewolucją cyfrową, a towarzysząca mu przy tym tęsknota jest silnie odczuwalna. Travolta fetyszyzuje kreślone na ekranie realia, pokazuje je jako lepsze, prostsze, obfitujące w piękno.
Nie ma tu nic a nic ironii. Jest natomiast szczere uwielbienie dla ery nieodwracalnie minionej, w której to, jakie ludzie pili napoje, palili papierosy czy kupowali samochody, wyrażało więcej niż tysiące wypowiadanych przez nich zdań. Przypomina to i wspomniany serial, i kino spod znaku Woody’ego Allena, który wielokrotnie wracał za sprawą taśmy filmowej do okresu chłopięctwa (patrz: „Złote czasy radia” z 1987 roku). Owszem, jest to urocze, ale – co być może zakrawa na paradoks – trwa nieco za długo (choć to właściwie średni metraż, zamknięty w 60 minutach projekcji). Gdyby część wątków rozbudować – z naciskiem na perypetie Helen – to niewykluczone, iż byłoby to ciekawsze. Na domiar złego, wcielający się w Jeffa Clark Shotwell, którego rola i tak jest zdominowana przez snutą ponad kadrem gawędę, jest wprost nie do zniesienia. Tak czy siak, „Nocny lot aeroplanem” pozostaje wspaniałą bajką na dobranoc, której przesłanie koncentruje się na potędze marzeń. W końcu – jak powiedział Draper w, nomen omen, pilocie „Mad Men” – „reklama jest oparta na jednej rzeczy: na szczęściu”.



