Te nasze neurozy
Jeśli „Życie na niby” (2025), komediodramat autorstwa urodzonego w 1984 roku w Nowym Jorku Matthew Sheara, przypomina kino spod znaku Noaha Baumbacha, to dlatego, że zanim ten pierwszy stanął za kamerą, aż czterokrotnie wystąpił u tego drugiego, i to w tak dobrze przyjętych filmach jak „Ta nasza młodość” (2014), „Mistress America” (2015), „Opowieści o rodzinie Meyerowitz (utwory wybrane)” (2017) oraz „Historia małżeńska” (2019). Nie powinno zatem dziwić, że nasiąknąwszy Baumbachem, Shear uformował swój debiut tak, że równie dobrze mógłby się pod nim podpisać jego mistrz. Tak się bowiem składa, że „Życie na niby” to interesujące studium charakterów, w centrum którego znajdują się kobieta po przejściach oraz mężczyzna na rozdrożu.
Gdy Sam Stein (w tej roli Shear), niedoszły absolwent prawa, traci pracę, dostaje niedoświadczanego od lat ataku paniki i diagnozuje u siebie zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne, a także zinternalizowany antysemityzm (to ostatnie brzmi co najmniej jak żart wyjęty prosto z twórczości Woody’ego Allena, gdyż mężczyzna, żeby było ciekawiej, jest Żydem), otrzymuje od psychiatry, doktora Freda Finmana, (Judd Hirsch; znany między innymi z „Najlepiej, jak potrafisz” Michaela J. Weithorna z 2025 roku), receptę na kolejny zestaw farmaceutyków. Tak się jednak składa, że Sam opuszcza gabinet nie tylko z nowymi zaleceniami medycznymi, ale i z szalenie intratną ofertą etatu. Helen (Andrea Martin), recepcjonistka, a przy okazji żona lekarza, proponuje mu stanowisko opiekuna dla swoich wnuków.
Pal licho, że na kilometr śmierdzi tu czymś niestosownym. Sam przyjmuje robotę u syna Finmanów, czyli Davida (Alessandro Nivola z „Zawrotu głowy”, ale nie tego Hitchcockowskiego, a tego z 2022 roku, wyreżyserowanego przez Jeffa Baenę), oraz jego ukochanej Dianne Cohen (Amanda Peet), rodziców trzech dziewczynek: Zoe (Romy Fay), Claire (Callie Santoro) i Emmy (Riley Vinson). On jest bujającym w obłokach muzykiem, ona – niegdyś wziętą aktorką, która od ponad dekady w niczym nie zagrała. Ich związek powoli dogorywa. Kiedy David wyrusza w mającą trwać kilka miesięcy trasę koncertową, do walczącej z depresją Dianne zbliża się nie kto inny jak Sam.

Mogłoby się wydawać, że podzielone ma odpowiadające porom roku rozdziały „Życie na niby” to dzieło o niewierności i poszukiwaniu seksualnego spełnienia u boku kogoś innego, ale wcale tak nie jest. To raczej film o rozczarowaniu światem, z którym raz po raz zmagają się Sam i Dianne. Oboje, lecz każde na swój sposób, cierpią. Wprawdzie kobieta ma wszystko – w pewnym momencie określa się nawet mianem żeńskiej wersji Donalda Trumpa, czyli osoby, która już w młodym wieku, dzięki protekcji matki, a zwłaszcza ojca, zarobiła pierwszy milion dolarów – ale brakuje jej poczucia celu i bliskości. Mężczyzna zatrudniony przez teściów Dianne wchodzi w jej orbitę w odpowiedniej chwili. Choć z trudem radzi sobie z codziennością, to niespodziewanie staje się podporą dla pracodawczyni.
Trzeba mieć sporo pewności siebie czy wręcz tupet, by jako debiutujący reżyser otoczyć się nazwiskami aktorów z takim doświadczeniem i dorobkiem jak przywołani już Judd Hirsch czy Andrea Martin, ale i towarzyszący im Holland Taylor, Jessica Harper oraz Bob Balaban. Niemniej jednak Shearowi udaje się zapanować nad tą okazałą obsadą, spośród której bodaj najbardziej wyróżnia się Amanda Peet. Wcielając się w postać wypalającej się gwiazdy, która musi przewartościować myślenie zarówno o własnej egzystencji, jak i karierze – w obu przypadkach wydaje jej się, że jest już za stara – Peet może się pochwalić prawdopodobnie najlepszym występem od czasu „Daj, proszę” (reż. Nicole Holofcener, 2010). Całość ogląda się nad wyraz dobrze, mimo iż to w zasadzie powtórka z przesiąkniętej neurozami rozrywki (vide: wspomniani już Allen i Baumbach). Tak czy siak, warto być może wypatrywać przyszłych projektów Sheara.



