Dwa światy

W życiu Sophie Birenbaum (Sunny Sandler; znana między innymi z „Nie jesteś zaproszona na moją bat micwę” Sammi Cohen z 2023 roku) sporo się dzieje. Nie dość, że niespodziewanie dostała główną rolę w „Kelnerce” – musicalu z muzyką i tekstami Sary Bareilles oraz librettem Jessie Nelson, opartym na filmie z 2007 roku w reżyserii Adrienne Shelly (zmarłej tragicznie na kilka miesięcy przed premierą dzieła na festiwalu Sundance) – to jeszcze u jej matki Elizabeth (Melanie Lynskey) zdiagnozowano nawrót nowotworu, a rokowania na przyszłość są, mówiąc bez owijania w bawełnę, złe.

Jakby tego było mało, Carolyn (Scarlett Estevez), najlepsza przyjaciółka szesnastolatki, w której dotychczas znajdowała oparcie, oddala się od niej, jej ojciec Ted (Max Greenfield z „Parkingowego” Richarda Wonga z 2022 roku) z trudem radzi sobie z jednoczesnym utrzymaniem delikatesów i okiełznaniem pozostałej dwójki dzieci, bliźniaków Caleba i Ethana (w tych rolach Matan i Eitan Friedmanowie), zaś oliwy do ognia dolewa babcia Linda (Bebe Neuwirth), staruszka nienależąca bynajmniej do najcieplejszych osób pod słońcem, w przeciwieństwie – na szczęście! – do dziadka Dale’a (Steve Buscemi). Jeśli do tego wszystkiego dodać fakt, że Sophie podkochuje się w Jacku (Jack Champion), koledze z obsady, który, owszem, jest chętny do zakulisowego ćwiczenia pocałunków, ale już niekoniecznie do budowania związku, to przepis na katastrofę – choćby i w skali mikro – gwarantowany.

Jak widać, w „Nie życzcie mi powodzenia” (2026) Julii Hart, twórczyni takich utworów jak „Miss Stevens” (2016), „Pędzące kolory” (2018) czy wreszcie recenzowana na Mocnych Punktach „Twoja kobieta” (2020), wątków jest co niemiara, podobnie skądinąd jak w codzienności nastolatki. Autorka, mimo iż będąca po czterdziestce, doskonale rozumie to, jak skomplikowany jest – lub przynajmniej może być – świat licealistki. Wprawdzie Hart nie wymyśla koła na nowo, a większość kwestii poruszanych przez nią i współscenarzystów, czyli Laurę Hankin i Jordana Horowitza (prywatnie jej męża), ma charakter wtórny – na czele ze szkolnym przedstawieniem funkcjonującym tu jako narzędzie, za sprawą którego protagonistka wyraża siebie, godzi się z rzeczywistością i doznaje katharsis (warto porównać ze „Światełkiem w tunelu” Kelly O’Sullivan i Alexa Thompsona z 2024 roku) – ale całości nie sposób odmówić tego, iż serce ma po właściwej stronie.

To, że na półkuli północnej dochodzi do tragedii, nie oznacza, że ta południowa też przestaje się kręcić. „Nie życzcie mi powodzenia” jest filmem o radzeniu sobie z przeciwnościami przy równoczesnym pielęgnowaniu tego, co dobre. Nie ma wszak niczego złego w tym, że Sophie, zdając sobie sprawę z cierpienia matki, postanawia wystąpić w spektaklu wystawianym przez panią Parker (Stephanie Beatriz). To nie zbrodnia, by wciąż cieszyć się z młodości, gdy do domu zagląda śmierć. Hart skupia się na doświadczeniach zmagającej się z losem Birenbaumówny, serwując odbiorcy nie przygnębiające kino o chorobie onkologicznej – ten aspekt przemyca niemal podprogowo (vide: raz po raz pojawia się tu moment, z którego wynika, że Elizabeth ma coraz mniej siły na dokończenie czytanej książki) – a stosunkowo pogodną opowieść o doczesności w obliczu dramatu. To, że reżyserce udaje się uniknąć patosu i zastąpić go bezpretensjonalnością, zasługuje na docenienie.

Hart nie wystrzega się błędów – kuriozalne przełamywanie osi akcji w niektórych scenach czy powtarzający się kilkakrotnie (a co za dużo, to niezdrowo) motyw przypadkowego telefonu od ojca – ale to nie one budują anegdotę o dwóch światach, w jakich musi żyć Sophie. Ta oparta jest bowiem na szczerości, subtelnym poczuciu humoru, szacunku dla bohaterów oraz na poły eskapistycznym przekazem. Nic, tylko życzyć Hart – oraz Sunny Sandler! – powodzenia. Albo połamania nóg.

Recenzja filmu Nie życzcie mi powodzenia (Don’t Say Good Luck); reż. Julia Hart; USA 2026; 95 minut