Dwie lewe ręce
Urodzony w 1979 roku, a więc zbliżający się powoli do pięćdziesiątki Nate Bargatze, jeden z najpopularniejszych i najlepiej zarabiających stand-uperów w branży, artysta specjalizujący się w tak zwanej czystej czy też ugrzecznionej komedii (ang. clean comedy), a zatem pozbawionej wulgaryzmów, treści seksualnych, rynsztokowego humoru oraz kontrowersji politycznych i rasowych, w zamian zaś opierającej się na uniwersalnych tematach z życia codziennego, czyli – mówiąc krótko – odpowiedniej dla każdego, debiutuje w filmie, który wolny jest od tego, od czego wolne są jego sceniczne występy, ale i od sensu, logiki czy elementarnej wiarygodności. „Żywiciela rodziny” (2026) Erica Appela – twórcy nieświadomego bodaj, że świat wokół zdążył ulec transformacji – ogląda się niczym artefakt z przeszłości, przedmiot przypadkiem wyciągnięty z lamusa.
Nate Wilcox (w tej roli Bargatze, który nadał protagoniście swoje własne imię, co oznacza chyba, że powinno się postawić między panami znak równości) jest, jak sam przyznaje w prowadzonej ponad kadrem narracji, „najlepszym sprzedawcą aut po tej stronie rzeki Missisipi”. Wiedzie mu się tak dobrze, że nie ma na co narzekać. Miesiąc w miesiąc, kwartał w kwartał i rok w rok zgarnia wszelkie nagrody, jakie oferuje pracodawca za ponadprzeciętne przykładanie się do roboty. Nate to facet spełniający Amerykański Sen. Mieszka na urokliwych przedmieściach Nashville w stanie Tennessee. Dom i ogród ma jak z obrazka. Żonę i dzieci również.
Jego ukochana Katie (Mandy Moore) jest gospodynią i mamą na pełen etat. Zgodnie z umową ona pielęgnuje rodzinne gniazdo, w tym trzy córki – Gracie (Stella Grace Fitzgerald), Hadley (Birdie Borria) oraz Sam (Charlotte Ann Tucker) – a on dba o to, by całej tej ferajnie szło jak z płatka. Innymi słowy: ona zajmuje się wszystkim, czym zająć się trzeba, a on – jako tytuł filmu rzecze – zarabia. „Ja zajmuję się pracą, a Katie życiem” – podsumowuje bez cienia wstydu, nie zdając sobie sprawy, że to, co mówi, brzmi jak zdanie, które mógłby wypowiedzieć Don Draper (Jon Hamm) z serialu „Mad Men” (2007-2015) lub typowy Jankes płci męskiej egzystujący w epoce prezydenta Dwighta Eisenhowera. Żeby jednak nie było, Nate – poza pilnowaniem tego, by na koncie zawsze były pieniądze – ma za zadanie wyrzucać śmieci. Jak łatwo się domyślić, nie zawsze o wystawieniu worków pamięta. No nic, najważniejsze, że nigdy nie zapomina o tym, by udać się na mecz lokalnej drużyny NFL, podczas którego – jako że zatrudnia go sponsor klubu – jego rozradowana twarz trafi na telebim.
Katie nie należy wprawdzie do najambitniejszych osób (mało tego – wiele wskazuje na to, że jest zadowolona z funkcjonowania pod wspólnym dachem z mężem-abnegatem), ale gdy raz po raz słyszy, że wymyślony przez nią Gwiezdny Opiekun, czyli proste w obsłudze urządzenie ułatwiające ogarnianie codzienności (przeznaczone zarówno dla matek, jak i ich pociech, bo przecież nie dla tatusiów!), nadaje się do tego, by je opatentować i sprzedawać na szeroką skalę, postanawia zgłosić się do programu telewizyjnego „Shark Tank” (w Polsce emitowano podobny format, a mianowicie „Dragons’ Den: Jak zostać milionerem”). Kiedy jedna z prowadzących show decyduje się zainwestować w wynalazek kobiety, Katie oznajmia bliskim, że musi wyjechać do Korei Południowej, by tam doglądać procesu. Nate, jak na pana domu z krwi i kości przystało, bierze urlop i przejmuje obowiązki żony. Nic prostszego, prawda? Otóż nie dla niego. Łatwiej handlować samochodami, niż podłączyć do prądu toster i kupić jajka w supermarkecie.

Jeśli utwór Appela, którego najpopularniejszym filmem pozostaje „Weird: The Al Yankovic Story” (2022), brzmi znajomo, to dlatego, że coś podobnego już powstało. Mowa, rzecz jasna, o komediodramacie „Pan mamuśka” z 1983 roku, wyreżyserowanym przez Stana Dragotiego i napisanym przez Johna Hughesa. Odpowiedzialni za scenariusz Bargatze i Dan Lagana, skryba bez doświadczenia, nie starają się, by jakkolwiek zaktualizować historię sprzed niemal pół wieku. Sęk w tym, że o ile w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, a więc w erze reaganomiki, triumfu neoliberalizmu i korporacjonizmu, którego beneficjentami były japiszony, w świecie konserwatywnym i mizoginistycznym, koncept ten trzymał się kupy (owszem, na słowo honoru, ale jednak), o tyle w trzeciej dekadzie tego milenium jest to po prostu niesmaczne.
Jak w ogóle można przypuszczać, że widok dorosłego mężczyzny – który wszak uprzednio wziął ślub, spłodził potomstwo i przechwala się, że na swoim stanowisku nie ma sobie równych – niepotrafiącego ugotować makaronu (sekwencja próby umycia garnka po felernym pichceniu jest wprost żenująca), nieumiejącego wstawić prania (nie wystarczy spryskać brudnych ciuchów perfumami) czy niewiedzącego, jak dojechać do szkół córek (każda uczy się gdzie indziej), jest jeszcze zabawny?
Przypomina to niestety sitcom z czasów dawno już minionych lub skecz kabaretowy, i to taki najgorszego sortu, skupiony na stereotypowo pojmowanych rolach płciowych i niemający pomysłu na puentę. Czegokolwiek Nate się nie dotknie, zamienia to w katastrofę. A on nie ma naprawić dachu – od tego ma dekarza (Will Forte), który skądinąd też najbystrzejszy nie jest – a wykonać podstawowe czynności. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby Katie nie wyjechała, ale na przykład zmarła. Armagedon gwarantowany? Niewykluczone.
Jeśli w ten sposób Bargatze chciał zareklamować swoje występy na żywo – a trzeba przyznać, że lokowanie przeróżnych produktów jest w „Żywicielu rodziny” przytłaczające – to niestety coś mu nie wyszło. Biada ludzkości, jeżeli świat wygląda gdzieś tak jak u niego i Appela.



