Antidotum na zazdrość

Epoka przedkodeksowa słynie z licznych anomalii. Do najciekawszych należy bez wątpienia to, że ktoś w studiu Paramount Pictures wpadł na pomysł, by do jednego projektu zaangażować A. Edwarda Sutherlanda i Lionela Atwilla.

Sutherland, urodzony w 1895 roku w Londynie, przygodę z show-biznesem rozpoczął jako dziecko. Będąc synem dyrektora teatru i artystki wodewilowej, nie miał, zdaje się, wyboru. Od berbecia występował na estradzie, a nim stuknęła mu dwudziestka, zahaczył się w branży filmowej. Przeprowadziwszy się do Stanów Zjednoczonych, zaczynał jako kaskader, ale wnet znalazł zatrudnienie w komediach produkowanych przez Macka Sennetta i jego wytwórnię Keystone. Tam poznał Charliego Chaplina, który parę lat później zaproponował mu stanowisko asystenta na planie „Paryżanki” (1923).

Samodzielnym reżyserowaniem parał się od 1925 roku. Popularność przyniosły mu utwory z duetem tworzonym przez Wallace’a Beery’ego i Raymonda Hattona, w tym, ot, choćby, „Riff i Raff jako marynarze” (1926). Pracował z największymi gwiazdami ery jazzu: od Esther Ralston („Niebezpieczna piękność” z 1927 roku) przez Bebe Daniels („Reporterka z wieczorniaka” z 1928 roku) aż po Clarę Bow („Szalone serca” z 1929 roku).

W brudną dekadę wszedł, kontynuując robienie kina lekkiego i rozrywkowego, o czym świadczą zarówno „Pogarda śmierci” (1930) z Richardem Arlenem, jak i „Precz z kryzysem” (1931) z Eddiem Cantorem. To, że realizacja „Nowoczesnego Robinsona” (1932) z Douglasem Fairbanksem, jednego z najgorszych dzieł tego okresu, nie pogrzebała jego kariery, zakrawa na cud. Na cud zakrawa także fakt, iż to on stanął za kamerą horroru „Tajemnica ogrodu zoologicznego” (1933).

Atwill natomiast – wprawdzie starszy o dekadę od Sutherlanda, ale też pochodzący ze stolicy Wielkiej Brytanii i wywodzący się ze scenicznych desek – do Hollywood trafił z Broadwayu, gdzie cieszył się wzięciem i renomą. Pojawiwszy się w kilku zaledwie filmach niemych, powrócił do świata Melpomeny i Talii. Na początku lat trzydziestych ponownie upomniała się o niego X muza, która szykowała dlań inną strategię.

Ktoś z Foxa, obejrzawszy spektakl z Atwillem, zaoferował mu rolę – w dodatku główną – w ekranizacji tejże sztuki. Tak powstał „Niemy świadek” (reż. Marcel Varnel, 1932), pierwszy dreszczowiec z jego udziałem. Po nim przyszła kolej na „Doktora X” (1932) oraz „Gabinet Figur Woskowych” (1933) – oba w reżyserii Michaela Curtiza – które nie tylko ugruntowały pozycję Atwilla w przemyśle, ale i uczyniły zeń czołowego odtwórcę ról złoczyńców w tak zwanych niesamowitkach doby Wielkiego Kryzysu (obok, rzecz jasna, Beli Lugosiego i Borisa Karloffa).

Jak to się stało, że broadwayowski aktor tego formatu przerzucił się na horrory? Otóż – jak tłumaczy Neil Pettigrew w książce pod wszystko mówiącym tytułem „Lionel Atwill: The Exquisite Villain” – „udowodniwszy swą wartość krytykom, publiczności i samemu sobie” oraz „zapoznawszy się w hitami gatunku”, Atwill uznał, iż „chce być w samym centrum akcji”. W ten sposób ujawnił się jako nowa personifikacja kina grozy, a pełen wachlarz umiejętności zaprezentował w „Tajemnicy ogrodu zoologicznego” Sutherlanda.

Zoolog-milioner Eric Gorman (Atwill), przebywając w Indochinach i nie mogąc uwolnić się od myśli, że zdradza go żona, morduje jej domniemanego kochanka, po czym wraca do USA z menażerią dzikich zwierząt, które umieszcza w zoo. Doktorowi Jackowi Woodfordowi (Randolph Scott) oraz jego asystentce i narzeczonej Jerry Evans (Gail Patrick) zleca wynalezienie antidotum na jad mamby czarnej. Tymczasem Peter Yates (Charles Ruggles; „człowiek z najgłupszą twarzą w Hollywood”, przynajmniej według „Kuriera Warszawskiego”), agent prasowy zwerbowany do wykaraskania ogrodu z problemów finansowych, organizuje kolację, podczas której zbiera fundusze na kontynuowanie działalności placówki.

W trakcie przyjęcia umiera ukąszony przez węża Roger Hewitt (John Davis Lodge), z którym – jak się okazuje – romansowała Evelyn (Kathleen Burke), partnerka Gormana. Eric, oskarżony przez kobietę o zabicie mężczyzny, rzuca ją na pożarcie aligatorom. Gdy nazajutrz ktoś znajduje jej zakrwawione ubranie, a Jack orientuje się, co jest grane, bogacz wstrzykuje mu truciznę i ucieka. Woodforda – poprzez podanie antytoksyny – ratuje Jerry. Gorman – zapędzony przez lwy, które uprzednio wypuścił z klatek, do serpentarium – ginie w objęciach boa dusiciela.

„Tajemnica ogrodu zoologicznego” nie należy do szczytowych osiągnięć AD 1933, ale – jak donosił „Dobry Wieczór! Kurier Czerwony” – „jest tu wiele scen, których na ekranie nigdy dotąd nie było”. W istocie! Ze współczesnej perspektywy trudno wyobrazić sobie, jakim szokiem musiała być dla ówczesnej widowni sekwencja otwierająca, w której antagonista zaszywa usta adwersarzowi – za to, że ten pocałował nimi jego żonę – i zostawia go na pastwę losu w dżungli. Jeden moment wystarczy, by o filmie wspomnieć w niniejszym cyklu.

Na łamach „Kina, Tygodnika Ilustrowanego” Stefania Heymanowa nazwała całość „bajeczką”, od której nie ma sensu wymagać artyzmu. Tak się zaś składa, że reżyseria Sutherlanda – i to pomimo bzdurnego chwilami scenariusza – jest na najwyższym poziomie. Autor dwoi się i troi, by wyciągnąć z tego materiału jak najwięcej, podobnie skądinąd jak Atwill, który gra sadystę skłonnego do czarnego humoru, a także przekonanego, że działa z pobudek romantycznych („Zrobiłem to wszystko z miłości” – wyznaje Evelyn).

Uwaga, w trakcie realizacji filmu ucierpiały niestety zwierzęta.

Tajemnica ogrodu zoologicznego (1933)

Murders in the Zoo

PARAMOUNT PICTURES ● Reżyseria: A. Edward Sutherland ● Scenariusz: Philip Wylie i Seton I. Miller ● Wykonawcy: Charles Ruggles, Lionel Atwill, Gail Patrick, Randolph Scott, John Davis Lodge, Kathleen Burke i Harry Beresford.

📅 31 marca 1933 roku ● 62 minuty