Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu
Eddie Cantor był już po czterdziestce, gdy dzięki udanemu transferowi z Broadwayu do Hollywood przyciągnął do siebie kolejne rzesze fanów, stając się jednym z najpopularniejszych artystów wzdłuż i wszerz Stanów Zjednoczonych. W pierwszej połowie lat trzydziestych, wystąpiwszy w takich hitach jak „Byczo jest!” (reż. Thornton Freeland, 1930), „Precz z kryzysem” (reż. A. Edward Sutherland, 1931) oraz „Urwis z Hiszpanii” (reż. Leo McCarey, 1932), zarabiał krocie – a pod względem wysokości wynagrodzenia wśród komików, przynajmniej według niektórych źródeł, ustępował wtedy wyłącznie Charliemu Chaplinowi – i przynosił ogromne zyski niezależnie działającej wytwórni Samuela Goldwyna. Producent, który ściągnął go do Fabryki Snów, widząc, jak rentownym jest nabytkiem, zaraz po sukcesie opowieści o młodzieńcu wydalonym z uczelni za spoufalanie się ze studentkami, wziętym przez policję za rabusia i ukrywającym się w Meksyku pod maską torreadora, zaczął szukać dlań kolejnego projektu.
Wybór Goldwyna padł ponoć na sztukę „Androkles i lew”, ale jej autor, George Bernard Shaw, nie zgodził się na adaptację. Moguł, zdeterminowany, by zrealizować kino spod znaku peplum – wiedziony być może ogromnym sukcesem finansowym biblijnego widowiska „Pod znakiem Krzyża” (1932) Cecila B. DeMille’a – zlecił zmajstrowanie fabuły tego typu dwóm dramaturgom zasiadającym uprzednio przy słynnym Okrągłym Stole w hotelu Algonquin, czyli George’owi S. Kaufmanowi oraz Robertowi E. Sherwoodowi.
Skonstruowaną przez nich historię w scenariusz przekształcił William Anthony McGuire, który z Cantorem miał do czynienia zarówno na deskach teatralnych Nowego Jorku, jak i pod dachami atelier w Los Angeles. Za kamerą Goldwyn usadził Franka Tuttle’a, który także pracował wcześniej z aktorem, i to przy jego debiutanckim filmie (mowa o niemym „Ulubieńcu kobiet” z 1926 roku). Do przedsięwzięcia dokooptowano jeszcze choreografa Busby’ego Berkeleya, kompozytora Harry’ego Warrena oraz tekściarza Ala Dubina – trio odpowiedzialne za największe musicalowe przeboje studia Warner Bros., na czele z „Ulicą szaleństw” (reż. Lloyd Bacon, 1933) – i można było zaczynać kręcenie „Rzymskich skandali” (1933). Za ponad milion dolarów! W czasach Wielkiego Kryzysu!
West Rome w Oklahomie. Warren F. Cooper (Willard Robertson) – primus inter pares – przygotowuje kolejny przekręt: planuje eksmitować część mieszkańców, by na wysiedlonych terenach postawić więzienie, z budowy którego zyski czerpać mają on, burmistrz oraz komendant policji. Sęk w tym, że wystawiony przez Coopera czek wpada przypadkiem w ręce Eddiego (Cantor), domorosłego specjalisty od Imperium Romanum, który – chcąc ratować nieszczęśników zagrożonych utratą domów – postanawia skonfrontować się z oligarchą. Interwencja kończy się wypędzeniem go z miasta. Jako że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, to jakimś cudem Eddie przybywa do… starożytnego Rzymu rządzonego przez cesarza Waleriusza (Edward Arnold).
Tam, obraziwszy żołnierzy, trafia na targ niewolników, gdzie kupuje go Józef (David Manners), który nadaje mu imię Edyp, a zaraz potem oswobadza. Na wolności barbarzyńca za długo nie hasa. Pragnąc pomóc pojmanej przez władcę księżniczce Sylwii (Gloria Stuart), zostaje wtrącony – wraz z nią – do lochów. Waleriusz grozi niewieście, że powybija jej bliskich, jeśli ta mu się nie odda. Wprawdzie niechętnie, ale kobieta godzi się na przeprowadzkę do pałacu, a imperator zabiera nie tylko ją, lecz również Edypa, którego najpierw czyni swym błaznem, a następnie degustatorem dań serwowanych na dworze. Waleriusz obawia się, że jego żona Agrypina (Verree Teasdale) zamierza go otruć. I słusznie, bo ta faktycznie knuje zamach na męża. Józef i Sylwia zakochują się w sobie, a Edyp odkrywa, że Waleriusz przewiduje podniesienie podatków, co ma mu umożliwić postawienie nowej rezydencji (tak, brzmi znajomo). Odkrywszy korupcję w Rzymie oraz wsparłszy Józefa i Sylwię w ucieczce, Eddie budzi się ze snu i z czekiem obciążającym oprychów wraca do West Rome, przyczyniając się do tego, że Cooper i jego świta lądują za kratkami.
„Rzymskie skandale” – których tytuł jest słyszalną zwłaszcza w języku angielskim grą słów (cienka granica pomiędzy „Roman Scandals” a roman sandals) – to naprawdę dobre kino, „obliczone na zabawienie tłumów i cel ten osiągające w zupełności”, jak donosił „Kurier Warszawski”. W przeniesieniu protagonisty i odbiorcy ze współczesności do przeszłości – niejako na wzór „Jankesa na dworze króla Artura” (reż. David Butler, 1931) – Tuttle znalazł zarówno źródło komizmu, jak i sposób, by zakpić z coraz śmielej poczynających sobie w Fabryce Snów cenzorów.
Film jest bowiem na wskroś pikantną epopeją, co widać głównie we fragmencie toczącym się na placu, na którym handluje się ludźmi. To w tej sekwencji, doskonale zaaranżowanej przez Berkeleya, półnagie i zasłaniające piersi długimi włosami w kolorze platyny dziewczęta (tak zwane Goldwyn Girls, a wśród nich Lucille Ball czy Paulette Goddard) pląsają orgiastyczny, ale i – co tu dużo mówić – seksistowski taniec. Są tu ponadto sceny, w których bohaterowie się narkotyzują (!), zaś Cantor – jak miał w zwyczaju – nakłada makijaż typu blackface. Najciekawszym jednak momentem jest wykonanie piosenki „Build a Little Home”, która brzmi niczym remedium na bolączki doskwierające Amerykanom, w szczególności tym koczującym na bieda-osiedlach w epoce ekonomicznej depresji.

Rzymskie skandale (1933)
Roman Scandals
SAMUEL GOLDWYN PRODUCTIONS ● Reżyseria: Frank Tuttle ● Scenariusz: William Anthony McGuire ● Wykonawcy: Eddie Cantor, Gloria Stuart, Edward Arnold, David Manners, Ruth Etting, Verree Teasdale, Alan Mowbray, Jack Rutherford, Willard Robertson i Lee Kohlmar.
📅 29 grudnia 1933 roku ● 93 minuty



