Hollywoodzkie marzenia

Gdy w prasie wydawanej w Drugiej Rzeczpospolitej pojawiła się najwcześniejsza bodaj wzmianka na jej temat (na łamach „Przeglądu Wieczornego” z 1925 roku), krytyk teatralny Adam Zagórski pisał następująco: „Gwiazdą nie z protekcji ludzkiej, ale z łaski Bożej – a więc gwiazdą prawdziwą – jest niezaprzeczenie Marion Davies”. Trudno o milszy komplement. Nie oznacza to bynajmniej, że w późniejszych latach nadwiślańscy korespondenci nie starali się przebić tych słów. Jasne, nie wszystkim udawała się ta sztuka, ale pewne jest, iż o urodzonej w 1897 roku blondwłosej znakomitości wypowiadano się wyłącznie w superlatywach. Nie było tekstu, w którym nie wychwalano by jej pod niebiosa.

W „Kurierze Polskim” z 1930 roku orzeczono na przykład, że to panienka „urocza, zgrabna i obdarzona niepospolitym wdziękiem”, w związku z czym każdy z nią utwór – „choćby i operował banalnymi motywami” – „musi zachwycać”. W 1931 roku w „Kinie, Tygodniku Ilustrowanym” uznano, że nie ma zabawniejszej aktorki niż ona. Stwierdzeniu temu wtórowano w „Expressie Kaliskim” z 1932 roku, konstatując, iż Davies „znana jest w szerokich kołach swych przyjaciół z wybitnych zdolności narracyjnych i ciętego dowcipu”. Jeśli ktoś jeszcze wątpił w te pochlebstwa, to z pomocą przychodził malarz Tadeusz Styka, który – namalowawszy portret artystki – oświadczył, że idolka mas jest „najpiękniejszą kobietą świata”.

Faktem jest, iż kiedy w Polsce – słusznie zresztą – rozpływano się nad Davies, jej kariera w Stanach Zjednoczonych chyliła się ku upadkowi. Wprawdzie protegowana Williama Randolpha Hearsta, magnata prasowego, pioniera żółtego dziennikarstwa oraz założyciela Cosmopolitan Productions – towarzystwa, które w pewnym momencie za cel obrało sobie promowanie swej największej sławy – kręciła film za filmem, a przed kamerą partnerowały jej takie tuzy ekranu jak Leslie Howard, Clark Gable czy Robert Montgomery, ale blask, jakim dotychczas świeciła, powoli przygasał. Dlaczego? Wcale nie dlatego, że Davies się jąkała. To nie przełom dźwiękowy wpłynął na jej pozycję w branży.

Główny powód stanowiła konkurencja w postaci Normy Shearer, która nie dość, że była faworyzowana przez swego męża Irvinga Thalberga, figury numer dwa – po Louisie B. Mayerze – w MGM, przedsiębiorstwa odpowiedzialnego nie tylko za dystrybucję, ale i za współprodukcję obrazów z udziałem ulubienicy Hearsta, to jeszcze mogła się pochwalić zdobyciem Oscara za rolę w „Rozwódce” (reż. Robert Z. Leonard, 1930). Niewątpliwie wizerunkowi Davies nie sprzyjał ponadto wystawny styl życia, jaki prowadziła. Gdy lwia część Amerykanów zmagała się z ekonomiczną depresją, ona opływała w dostatki (wraz z człowiekiem, który nigdy jej nie poślubił, mieszkała w jego luksusowej posiadłości w San Simeon w Kalifornii). Oliwy do ognia dolewało natomiast zachowanie Hearsta, który regularnie pojawiał się w atelier, dając się we znaki osobom współpracującym z Davies. Nie inaczej było w przypadku utrzymanej w konwencji musicalu komedii romantycznej „Ja mam temperament” (1933), przez wyznaczonego na krzesło reżyserskie Raoula Walsha nazwaną w autobiografii „nieskomplikowaną powiastką typu chłopak spotyka dziewczynę”, w której znaczenie miały jego zdaniem piosenki (z muzyką Nacio Herba Browna i słowami Arthura Freeda), a nie anegdota.

Sylvia Bruce (Davies), prowincjonalna nauczycielka francuskiego, rzuca posadę w szkole, by podążać za pragnieniami. W tym celu odnajduje w Nowym Jorku Billa Williamsa (wypożyczony z Paramountu na prośbę Davies Bing Crosby), którego usłyszany w radiu głos zainspirował ją do rozluźnienia gorsetu. Wyznawszy mu, co do niego czuje, zostaje odrzucona. Mężczyźnie nie w głowie poważne relacje (co innego przygody miłosne na jedną noc), gdyż wyjeżdża do Hollywood, by wystąpić w filmie u boku pochodzącej znad Sekwany Lili Yvonne (Fifi D’Orsay), z którą skądinąd flirtuje. Sylvia też wsiada do pociągu i wyrusza do Fabryki Snów.

Na miejscu dokłada wszelkich starań, by zdobyć Billa. Zadurzonego w niej producenta (Stuart Erwin) namawia do zaangażowania jej do kolejnego projektu. Gdy podczas prób okazuje się, że Lili fatalnie wypada przed mikrofonem, reżyser (Ned Sparks) podejmuje decyzję, by wymienić ją na Sylvię. Choć Williams wreszcie zwraca uwagę na Bruce’ównę, to wciąż bardziej interesuje go Lili, za którą wyjeżdża do Meksyku. Tam idzie w cug i całkowicie zaniedbuje karierę. Odszukuje go Sylvia i oferuje mu szansę powrotu do studia. Bill nie wsiada z nią do samolotu, ale koniec końców zjawia się na planie, by wznowić prace nad przedsięwzięciem.

„Ja mam temperament” wpisuje się w popularny w pierwszej połowie brudnej dekady trend, który zaowocował szeregiem musicali odsłaniających broadwayowskie lub hollywoodzkie kulisy (vide: „Ulica szaleństw” Lloyda Bacona z 1933 roku, powstała pod egidą przodujących na tym polu Warnerów). Dzieło Walsha ogląda się i słucha przyjemnie – zwłaszcza tytułowy numer wykonany pod gwieździstym sklepieniem dworca Grand Central – co nie oznacza bynajmniej, że to kino wolne od kontrowersji (na czele z rasistowskim makijażem typu blackface noszonym przez Sylvię). To oczywiście opowieść o emancypacji i spełnianiu najskrytszych marzeń (nie tyle o sukcesie, bo dla Sylvii X muza jest sztuczna, co o miłości), ale przy okazji jest to także historia „dziewczęcia upartego w swoich uczuciach”, jak ją określiła Maria Jehanne Wielopolska w „Kurierze Porannym”. Dziś nazwano by Sylvię natrętną prześladowczynią lub po prostu stalkerką.

Ja mam temperament (1933)

Going Hollywood

COSMOPOLITAN PRODUCTIONS ● Reżyseria: Raoul Walsh ● Scenariusz: Donald Ogden Stewart ● Wykonawcy: Marion Davies, Bing Crosby, Fifi D’Orsay, Stuart Erwin, Ned Sparks i Patsy Kelly.

📅 22 grudnia 1933 roku ● 78 minut