Marzenia w kolorze niebieskim

„Po skończeniu szkoły mieliśmy przeprowadzić się do Los Angeles. Na Bulwarze Zachodzącego Słońca mieliśmy patrzeć, jak zapada zmrok. Mieliśmy nie zasypiać, czekając, aż nastanie nowy dzień. Tymczasem ja jestem pokojówką z trojgiem dzieci, ty natomiast jesteś bezrobotnym byłym skazańcem. Nie wyjechaliśmy z tej dziury. Utknęliśmy tu na zawsze” – mówi w którymś momencie Dolores (Jena Malone) do Waylanda (Pablo Schreiber).

Przed piętnastoma laty Dolores i Wayland – główni bohaterowie filmu „Lorelei” (2021), szczerego i poruszającego debiutu Brytyjki Sabriny Doyle – wówczas nastolatkowie, byli parą. Ich miłość rozkwitała. Snuli plany na przyszłość, które miały im pomóc w wyrwaniu się z zabitego dechami miasteczka w Oregonie. I choć już ten amerykański stan leży nad Pacyfikiem, młodym marzyła się Kalifornia, prawdziwa mekka dla ludzi pragnących wolności i śniących o sukcesie. Spełnienie tego celu pogrzebał napad z bronią w ręku, w którym uczestniczył Wayland. Trafił za kratki na półtorej dekady.

W otwierającej scenie mężczyzna wychodzi z więzienia. Odbierają go kumple z motocyklowego gangu. Może i z ust postaci nie padają żadne deklaracje polityczne, ale nietrudno odgadnąć, jakie są sympatie większości z nich (panowie w skórzanych kurtkach wiwatują na cześć wypuszczonego z zakładu karnego druha, strzelając w powietrze z broni, i to przy ognisku oraz w rytm energicznego country, zaś przed ich domami dumnie powiewa Gwieździsty Sztandar). Wydawać by się mogło, że upijając się w gronie tych ludzi, Wayland niemal literalnie wraca na stare śmierci, ale oto dzieje się coś zgoła innego.

Po trwającej do białego rana libacji protagonista przekracza skromne progi parafii luterańskiej prowadzonej przez pastorkę Gail (Trish Egan), której credo brzmi następująco: „Każdy zasługuje na drugą szansę, a czasami i na trzecią oraz czwartą”. Problemem nie jest to, że Wayland nie wierzy w Boga. I tak dostaje darmowe lokum. Byle tylko trzymał się z dala od kłopotów, pomagał przy drobnych pracach naprawczych i porządkowych, no i oczywiście szukał zatrudnienia, przynajmniej na pół etatu. Ten silny i górujący nad wszystkimi ogromny facet musi nauczyć się życia na nowo. Trzeba się dostosować do panujących teraz realiów. Niczego nie ułatwia fakt, że czasy się zmieniły, co Wayland obserwuje na co drugim kroku. Przykład? Sklepem kierowanym niegdyś przez jego dobrego znajomego zarządza teraz czarny przedsiębiorca. Wchodząc do lokalu, bohater nie potrafi ukryć zdziwienia, oburzenia i rozczarowania.

Tak się składa, że Dolores należy do przykościelnej grupy wsparcia dla samotnych matek. Spotykają się któregoś dnia po jednym z takich mityngów. Wspomnienia odżywają natychmiast. Wciąż między nimi iskrzy. Umawiają się na piwo w jednym z tych barów, gdzie panuje przyjacielska, wręcz rodzinna atmosfera. Próbują nadrobić zaległości. Dawna miłość, jak widać, rzeczywiście nie rdzewieje, mimo że tak wiele rzeczy wokół zostało pokryte przez korozję (ewentualnie przez mech). Kobieta wyznaje mu, że ma troje dzieci, każde z innym ojcem. Ich imiona to różne odcienie niebieskiego: Dodger Blue (Chancellor Perry), Denim Blue (Parker Pascoe-Sheppard) oraz Periwinkle Blue (Amelia Borgerding). To nie tylko kolor oceanu, do którego tak ciągnie Dolores, czy zimnego oświetlenia zastosowanego przez Doyle i jej operatora Stephena Paara – to także kolor smutku i melancholii rozdzierających bohaterkę od wewnątrz. Choć na pozór dziewczyna trzyma się dzielnie, w głębi duszy jest rozbita.

Jena Malone i Pablo Schreiber w filmie "Lorelei" (reż. Sabrina Doyle, 2021)

Wayland wprowadza się do Dolores. Po cichu liczy na to, że jej najstarsze dziecko jest jego synem. Chłopak ma wszak tyle lat, że byłoby to możliwe. Poznanie młodzieńca działa nań jak zimny prysznic. Okazuje się bowiem, że Dodger jest czarny. Jakby tego było mało, Denim jest najprawdopodobniej osobą niebinarną, zaś Periwinkle generuje tyle chaosu i jest w niej tyle nienawiści do matki, że mężczyzna nie umie odnaleźć się w domu należącym do Dolores. Boi się zaangażować, choć kolejne dni przynoszą ocieplenie relacji z niesforną dziatwą – Wayland zaczyna ponadto weryfikować i rewidować swe dotychczasowe poglądy (dzieciom też trudno się dziwić, że są zdystansowane; wielokrotnie widziały już przecież gości kręcących się przy ich rodzicielce).

Presja finansowa rośnie. Robota, którą w nadzorowanym przez jego szwagra punkcie złomowania samochodów znajduje bohater, nie przynosi kokosów. Para ledwo wiąże koniec z końcem. Żyją pod kreską, z tygodnia na tydzień. Dolores męczy się, sprzątając obskurny motel za marne grosze. Co znamienne, jest dobrą i kochając matką. Przynajmniej się stara. Nie zaniedbuje potomstwa. Pamięta o ich urodzinach (inna sprawa, że ostatnie pieniądze wydaje na fajki dla siebie, zapominając, by kupić córce prezent; reflektuje się w momencie krytycznym – udaje jej się wyszperać w kartonie z rzeczami pozostawionymi w pensjonacie jakąś używaną bluzeczkę, oczywiście w jednym z odcieni niebieskiego). Waylanda tymczasem zaczyna kusić dawny świat. Na horyzoncie pojawiają się ludzie, którzy chcą mu pomóc stanąć na nogi. Na ich zlecenie mężczyzna handluje opioidami, inkasując kopertę pełną gotówki (więcej o tym procederze pisałem w recenzji „Godziny zmierzchu” Bradena Kinga z 2020 roku).

Nie tak to miało wyglądać. „Stać nas na więcej niż czyszczenie czyjegoś gówna” – mówi Dolores, mając już dosyć tego, co robi. Jej rodzina nie ma żadnych perspektyw na lepsze jutro. Rówieśnicy Periwinkle mają ich za patologię. Ktoś w szkole mówi nawet, że powinni trafić do programu „Potyczki Jerry’ego Springera” (1991-2018). Ci ludzie, choć mają dach nad głową, egzystują na granicy bezdomności. Białe śmiecie, bidoki, buraki. Uboga Ameryka w pigułce. Kraj, w którym o ciepły posiłek trzeba zawalczyć, a ostatecznie na stole i tak ląduje najtańsze, niezdrowe, kaloryczne i tłuste jedzenie z podrzędnej, sieciowej knajpy, opłacone w przy pomocy kuponów. Dorywcze prace ledwo pozwalają utrzymać się na powierzchni. W takich warunkach nie ma już miejsca na marzenia o sukcesie. Jest tylko poczucie porażki. Obezwładniająca gorycz wylewa się z wnętrza na wszystkich dookoła. Czy można być szczęśliwym człowiekiem, funkcjonując w ten sposób?

Sabrina Doyle, wzorując się na najlepszych – od Debry Granik i „Do szpiku kości” (2010) przez Chloé Zhao i „Pieśni braci moich” (2015), „Jeźdźca” (2017), a nawet „Nomadland” (2020) aż po Annabelle Attanasio i jej „Mickey i niedźwiedź” (2019) – realizuje cichy (choć chwilami wyjątkowo głośny) i rozdzierający serce dramat skąpany w błękitach o ludziach żyjących w więzieniach, niekoniecznie w sensie dosłownym. To klatki zbudowane na gruncie społeczno-ekonomicznych czynników, które łamią charaktery, marzenia i plany. „Nikt z nas nie jest już dzieckiem” – mówi któraś z postaci tak, jakby chciała powiedzieć, że to wszystko to jedynie mrzonki. Nie ma co liczyć na to, że sny się spełnią. W tej lirycznej i realistycznej zarazem wizji nie ma szans na zmianę. A przecież Kalifornia i Bulwar Zachodzącego Słońca są tak blisko.

Recenzja filmu Lorelei; reż. Sabrina Doyle; USA 2021; 110 minut