Ucieczka w miejscu

Anaconda, niewielka mieścina w stanie Montana, położona we wschodniej części Gór Skalistych, przed laty jeden z centralnych ośrodków wydobycia miedzi w Stanach Zjednoczonych. Miejsce, jakich w prowincjonalnej Ameryce wiele. Dziura w stylu tej z „Ostatniego seansu filmowego” (1971), niepozornego arcydzieła Petera Bogdanovicha (nawet finały poniekąd tożsame). Wszyscy się tu znają, do tego stopnia, że lokalny szeryf już za dnia doskonale wie, kto na noc wyląduje na dołku. Polowanie na dziką zwierzynę – niedźwiedzie, pumy, jelenie, łosie czy różnego rodzaju ptactwo – stanowi jedną z głównych rozrywek w tej części kraju.

Nastoletnia Mickey (Camila Morrone) mieszka wraz z ojcem w baraku, z dala od głównej i pewnie jedynej ulicy w tym zapadłym kącie. Warunki przypominają wieczny kemping. Z dziury w dachu kapie woda. Na śniadania, obiady i kolacje serwowane jest śmieciowe żarcie z barów szybkiej obsługi. Dziewczyna wciąż się uczy, a po szkole dorabia jako asystentka w pracowni taksydermicznej – wypchane zwierzęta obserwują ją całymi dniami. Jest mądra, bystra i obdarzona niemałym talentem artystycznym, który objawia się nie tylko w niewielkim zakładzie, ale również poprzez to, w jaki sposób daje drugie życie ubraniom należącym do jej zmarłej na raka matki. Pomimo tego jest też wyraźnie zmęczona i stale przygnębiona. Obciążają ją problemy ojca, do którego najczęściej zwraca się po imieniu.

Hank (James Badge Dale) jest weteranem wojny w Iraku. Wciąż zresztą wygląda tak, jakby nie wrócił z linii frontu: umięśniony, brodaty, krótko ścięty, wytatuowany. Mężczyzna cierpi na zespół stresu pourazowego. Nie pracuje. Wolny czas spędza przed konsolą, zabijając wroga w strzelankach. Budzi się o świcie cały zlany potem. Jest uzależniony od alkoholu, który miesza z oksykodonem, silnym opioidowym lekiem przeciwbólowym, działającym podobnie do morfiny i heroiny. Gdy nie przyjmie określonej dawki narkotyku, wpada w szał.

Debiutancki tytuł Annabelle Attanasio, córki scenarzysty Paula Attanasio, ogląda się tak, jakby był to jej któryś obraz z kolei. To znakomite i pewne siebie kino, subtelne i powściągliwe w nastrojach, często oparte nie tyle na dialogu, co swoistych krótkich momentach skupienia, wyrażanych poprzez pojedyncze ujęcia, jak choćby w statycznej czołówce, stylizowanej bodaj na pocztówki przedstawiające klasyczną, małomiasteczkową Americanę. „Mickey i niedźwiedź” (2019) nie jest li tylko utworem o dojrzewaniu – wszak główna bohaterka już dawno musiała wyrosnąć z lat dziecinnych i spoważnieć. To przede wszystkim film o szalenie trudnej relacji córki z ojcem, opowiedziany subwersywnie – to bowiem ona zajmuje się nim.

Dziewczyna opiekuje się Hankiem, człowiekiem niezrównoważonym psychicznie, zagubionym, nieustannie balansującym na granicy pomiędzy jawą a snem, świadomością i nieświadomością (nic więc dziwnego, że Mickey chowa przed nim broń, niekoniecznie z obawy o samą siebie, co przede wszystkim o niego). To empatyczna i kochająca swego rodzica nastolatka, zdająca sobie sprawę z obowiązku, jaki na niej spoczywa, z odpowiedzialności, w jaką wpakował ją los. Po nocnych libacjach odbiera tatę z komisariatu, następnie rozbiera go i kładzie do łóżka, uprzednio niemalże tuląc do snu. Realizuje jego recepty, posuwając się nawet do złamania prawa – byle tylko miał zawsze dostęp do pigułek i unikał agresji. Napięcie, swoją drogą, rośnie za każdym razem, gdy tych dwoje ze sobą rozmawia. Nie ma tu miejsca na normalne konwersacje – niemal zawsze są one przesiąknięte albo brakiem powagi, albo skrajnymi emocjami. Reżyserka tak prowadzi narrację, że widz ma prawo spodziewać się najgorszego, łącznie z przemocą fizyczną lub gwałtem. W jednej z na pozór bezpiecznych wymian zdań, w scenie, w której Hank karci córkę za palenie papierosów, pytając przy tym, czy nie zależy jej na życiu, ona odpowiada, pół żartem, pół serio, że chce umrzeć. Wystarczy spojrzeć na mówiącą wówczas wszystko twarz Morrone, by się przekonać, ile w tym zgrywy, a ile realnego stosunku do świata.

Ojciec stał się jej kotwicą. Każe jej nawet zmyć perfumy, które zbyt bardzo przypominają mu zmarłą żonę (krótkie i sugestywne ujęcie szorującej szyję bohaterki zastępuje niepotrzebne słowa). Jest zazdrosny o jej relacje z innymi mężczyznami. Najpierw o rednecka Arona (Ben Rosenfield), będącego jego chodzącą kopią, następnie zaś – o Wyatta (Calvin Demba), który jest jego całkowitym przeciwieństwem: grzeczny, ułożony, ambitny, myślami wybiegający w przyszłość, pomimo traumatycznej przeszłości mający dobry wpływ na Mickey i inspirujący ją do podjęcia dalszej nauki, z dala od Montany.

Główna bohaterka szuka ucieczki dosłownie we wszystkim: w muzyce, w nowym chłopaku, z którym łączy ją coś pięknego, opartego na wspólnym doświadczeniu cierpienia, w wyklejankach, w odświeżaniu ubrań po matce (z dumą noszonych), w pracy i w jeździe na rowerze. Chce wydostać się z rodzinnego miasteczka i wyjechać jak najdalej na Zachód – dostaje stypendium od uczelni z San Diego – bo, jak mówi, nigdy nie widziała oceanu. Pacyfik, w którego wodzie kryje się metafora wolności, to zresztą symboliczna granica – bardziej, przynajmniej z perspektywy kontynentalnej Ameryki, już się nie da.

Sens tej historii zawiera się w ostatnim, dość długim ujęciu, w przeciwieństwie do całej reszty, niezwykle rozedrganym i dynamicznym, które przynosi wymarzone uwolnienie, a jednocześnie zmusza widza do utwierdzenia się w przekonaniu, że wszelkie starania, by wyrwać się z Montany (Krainy Wielkiego Nieba, rzekomo pełnej otwartych przestrzeni), i tak pójdą na marne. Oto Mickey idzie przed siebie, a potem już biegnie, ile sił w nogach. Oddalająca się od niej kamera, z wyczuciem prowadzona przez Conora Murphy’ego, tworzy wrażenie, że bohaterka w istocie stoi w miejscu. Cóż za przygnębiający finał tego jakże dojrzałego i udanego debiutu Attanasio.

Mickey i niedźwiedź (Mickey and the Bear); reż. Annabelle Attanasio; USA 2019; 88 minut