Bitwa o Atlantyk

Jonathan Dimbleby, autor książki „Bitwa o Atlantyk”, chcąc zdefiniować zmagania, do jakich doszło na drugim co do wielkości oceanie globu w latach 1939-1945, pisze wprost, iż była to najdłuższa kampania drugiej wojny światowej (z czego niektóre starcia trwały zaledwie kilka godzin, inne natomiast – wiele dni) oraz najbardziej niszczycielska batalia morska w dziejach ludzkości. Jej znaczenie dla losów świata wydaje się nie do podważenia, podobnie zresztą jak ranga samego wodnego szlaku zaopatrzeniowego łączącego Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię, którym transportowano paliwa i surowce potrzebne do produkcji broni oraz artykuły spożywcze. Gdyby nie ta oceaniczna linia, Europę – konkluduje Dimbleby – dotknąłby głód na masową i nieznaną dotąd skalę, nie mówiąc już o tym, że walki na plażach, polach i ulicach wiosek oraz miast byłyby niemożliwe do stoczenia. W rezultacie w czerwcu 1944 roku nie doszłoby do D-Day, a alianci musieliby układać się z nazistami. Franklin Delano Roosevelt depeszował do Winstona Churchilla, że „losy wojny rozstrzygną się na Atlantyku, a jeśli Hitler nie wygra jej tam, to nie wygra jej w żadnym innym miejscu”.

Na szerokich wodach „dochodzi często do zafałszowania odległości i wyolbrzymiania niebezpieczeństw; niezatapialne śmieci w rodzaju butelek czy opon przyciągają oko obserwatora i stają się wyimaginowanymi zagrożeniami”. Już w warunkach pokoju żeglowanie po bezkresie wydaje się niesłychanie trudną sztuką. W czasie konfliktu zbrojnego niedogodności tylko się piętrzą. Z dala od lądu nie ma miejsca na nudę. Marynarzom towarzyszy permanentne napięcie. Nieprzyjaciel może wszak niezauważony czaić się w głębinach, tylko czekając na odpowiedni moment do ataku (należy pamiętać, że sprzęt – pomimo niebywałego postępu technicznego osiągniętego w ciągu kilku miesięcy – nie był zbyt precyzyjny). Podwodna flota Trzeciej Rzeszy – a więc koncentrujące się w tak zwane wilcze stada U-Booty – stanowiła największe zagrożenie dla alianckich konwojów. Niemieckie okręty prowadzące wojnę tonażową, polegającą na zatapianiu takiej ilości jednostek pływających, by państwa należące do koalicji antyhitlerowskiej nie nadążały z ich zastępowaniem, zatopiły ostatecznie – jak informuje plansza zamykająca „Misję Greyhound” (2020) – więcej niż trzy i pół tysiąca statków, co kosztowało życie ponad siedemdziesięciu tysięcy osób (a właściwie, by ująć to precyzyjniej, dusz ludzkich).

Komandor Ernest Krause (Tom Hanks), główny bohater filmu Aarona Schneidera – zdobywcy Oscara za krótki metraż „Dwóch żołnierzy” (2003), będący ekranizacją opowiadania Williama Faulknera o braciach mierzących się z wieścią o inwazji Japończyków na Pearl Harbor – jest kapitanem niszczyciela USS Keeling (kryptonim: Greyhound), którego zadaniem jest eskorta niemal czterdziestu łodzi sojuszniczych transportujących żołnierzy i zaopatrzenie z USA na Wyspy Brytyjskie. To pierwsze dowództwo, jakie mężczyzna obejmuje w swojej karierze, pomimo niemłodego już wieku. „Wiedziałam, że będą potrzebować ludzi takich, jak ty” – mówi mu w swoistym prologu ukochana, której wciąż się nie oświadczył. Krause robi to, co do niego należy; to, do czego go szkolono. Swoje obowiązki traktuje rzetelnie i z najwyższą powagą, zdając sobie sprawę z odpowiedzialności – także za współtowarzyszy wyprawy – jaka na nim spoczywa.

Adaptacja głośnej w USA książki C. S. Forestera pod tytułem „The Good Shepherd” (w Polsce wydana po prostu jako „Misja Greyhound”), czyli „Dobry pasterz” – wyraźne nawiązanie do postawy bohatera, jak i jego wiary w Chrystusa – według scenariusza samego Hanksa, który staje się hollywoodzkim ekspertem od kronikarskiego wręcz portretowania konfliktu zbrojnego, to kolejny – zaraz po „1917” (reż. Sam Mendes, 2019) – powiew świeżości na gruncie kina wojennego. To przede wszystkim dzieło pozbawione patosu i charakterystycznego dla gatunku szowinizmu, choć jednocześnie wypełnione jankesko-religijną symboliką, na czele z nieagresywnie eksponowanym godłem amerykańskim oraz modlitwami kierowanymi przez protagonistę, gorliwego chrześcijanina, do Boga. To ponadto opowieść o niewysłowionym męstwie i heroizmie. Kapitan Krause bez wątpienia jest bohaterem, ale tak się składa, że nikt – ani twórcy, ani tym bardziej on sam – nie mówi o tym na głos (jemu zresztą nie pozwoliłaby na to pokora). To facet, który bezinteresownie działa dla dobra ojczyzny i jej obywateli, a przy tym zmaga się z własnymi przekonaniami i wyrzutami sumienia (gdy załoga cieszy się z zatopienia jednego z okrętów wroga, mówiąc o pięćdziesięciu Szkopach mniej, on zauważa, że to też były ludzkie dusze).

Autorzy, zamiast skupiać się na personalnym wymiarze tej historii, w centrum stawiają samą batalię i jej rozłożony na kilka dni przebieg, poprzez różne zabiegi formalne – łącznie z szybkim i rytmicznym montażem – intensyfikując całe wydarzenie. Zaledwie półtorej godziny – tyle czasu potrzeba, by stworzyć wrażenie obcowania z pełnym napięcia thrillerem, którego akcja rozgrywa się w tak zwanej czarnej dziurze, czyli w miejscu na środkowym odcinku podróży transatlantyckiej, gdzie ani samoloty z USA, ani z Wielkiej Brytanii nie są w stanie dotrzeć, by z powietrza asekurować alianckie statki. To najniebezpieczniejszy odcinek na tej trasie, obszar, na którym grasuje wataha wilków.

Próba wiernego odtworzenia bitwy o ocean, pełna specjalistycznej terminologii, bliższej zapewne znawcom tematyki niż przeciętnemu widzowi, udaje się znakomicie. Nieustanny hałas, choć niebędący wcale irytującą kakofonią, na który składają się słowa wyrzucane z prędkością torpedy oraz komendy powtarzane przez kolejne osoby, wręcz klaustrofobicznie ściśnięte na mostku niszczyciela klasy Fletcher, doskonale wyraża grozę i wzniosłość sytuacji. Postaci nie jedzą przez kilkadziesiąt godzin, mimo iż ciepły posiłek co którąś scenę zostaje wymownie dostarczony kapitanowi. Członkowie załogi nie siedzą nawet przez chwilę, co symbolizują zakrwawione stopy głównego bohatera, nie mówiąc już o spaniu (mająca rozbudzić kawa, choć co rusz zamawiana, nigdy nie zostaje wypita do końca). Całkiem udane sceny bojowe, prezentowane przy pomocy szerokich panoram w planach totalnych, kontrastują ze zbliżeniami twarzy tak bogobojnego, co zwyczajnie wystraszonego zadaniem komandora.

Obraz skąpany jest w lodowatej niczym atlantycka woda, szaro-błękitnej palecie barwnej. W ten sposób wyraża się chaos tego, co na powierzchni. Spokój z kolei trwa raptem kilka minut – podczas przejmującej sekwencji morskiego pogrzebu oraz wtedy, gdy bohater się modli. Jest też w filmie jedno ujęcie zwiastujące w istocie to, że świat – pomimo pożogi – może jeszcze być normalny. Kiedy amerykański Chart walczy z niemieckimi Szarymi Wilkami kamera wykonuje pionową jazdę, by pokazać, że nad nimi, wysoko nad chmurami, odbywa się zupełnie inny spektakl: to przepiękna zorza polarna.

Misja Greyhound (Greyhound); reż. Aaron Schneider; USA 2020; 91 minut