Bicie serc
W filmie „Carousel” (2026) w reżyserii Rachel Lambert jest taka scena, w której Noah (Chris Pine; znany między innymi ze „Wszystkich starych noży” Janusa Metza z 2022 roku) przykłada stetoskop do swojego ciała i wsłuchuje się w bicie własnego serca. Osiąga dzięki temu spokój, przynajmniej tymczasowy. Dla niego to moment wyciszenia. Dla Lambert natomiast to chwila otwierająca klamrę kompozycyjną, która zamknięta zostaje dopiero w finale. To wtedy na poziomie audialnym pojawiają się dodatkowe efekty dźwiękowe, a mianowicie uderzenia drugiego narządu, stopniowo synchronizujące się z tym pierwszym. To łatwy, a zarazem dość wysmakowany sposób, by zobrazować widzowi drogę, jaką pokonuje protagonista, by znaleźć szczęście.
Mieszkający w Cleveland w stanie Ohio Noah jest lekarzem i ojcem nastoletniej Mayi (Abby Ryder Fortson), którą opiekuje się na przemian z byłą żoną. Dziewczyna, która cierpi prawdopodobnie na zaburzenia lękowe i depresję (niewykluczone, że wywołane rozwodem rodziców), jest jego oczkiem w głowie, co oznacza tyle mniej więcej, że mężczyzna chucha na nią i dmucha, ocierając się nagminnie o chorobliwą wręcz nadgorliwość. Inaczej, zdaje się, nie potrafi. W podejściu Noaha do wychowania córki jest coś rozczulającego, ale i niepokojącego. Gdy Maya przytrzaskuje sobie palce drzwiami lodówki, jego reakcja jest nieadekwatna do skali obrażeń.
Noah ma fioła na punkcie kontroli. Kiedy ją traci, a wydarzenia dzieją się nie po jego myśli, grunt usuwa mu się spod nóg. Nic więc dziwnego, że z taką trudnością przyjmuje informację o tym, że partner biznesowy, z którym prowadzi niedużą przychodnię (grany przez Sama Waterstona) postanawia przejść na emeryturę, co skądinąd może mieć negatywny wpływ na działalność placówki.
Zaskoczeniem nie jest również to, że gdy do miasta, i to prosto z Waszyngtonu, przyjeżdża Rebecca (Jenny Slate z „Wróć do mnie” Jasona Orleya z 2022 roku) – oficjalnie po to, by pomóc rodzicom w sprzedaży domu, a w gruncie rzeczy w celu oderwania się od wielkiej polityki – Noah jest w kropce, gdyż nie ma całkowitego wpływu na to, jak rozwinie się sytuacja.
Tak się składa, że Noaha i Rebekę łączyło niegdyś głębokie uczucie, które – ku zaskoczeniu ich obojga – nie zdążyło się jeszcze wypalić, i to pomimo faktu, iż rozstawali się w bólu. To zaś sprawia, że chcą spróbować ponownie. Wprawdzie okoliczności im nie sprzyjają, ale oni podejmują wyzwanie. Czy istnieje choćby cień szansy, że uda im się odbudować to, co stracili, skoro nie da się po raz wtóry wejść do tej samej rzeki? Czy ich serca zabiją jednakowym rytmem?
Lambert, której poprzedni film, czyli „Czasem myślę o umieraniu” (2023) – podszyty subtelnym humorem romans oraz traktat o niewyrażonej bezpośrednio depresji, lękach społecznych i potrzebie kontaktu z drugim człowiekiem – do dziś lśni niczym diament, znowu przypatruje się figurom samotnym, choć otoczonym innymi, przerażonym życiem, acz mającym wsparcie w bliskich, łaknącym miłości, ale niewiedzącym, jak po nią sięgnąć.
To staromodne kino, wyrwane poniekąd z minionej, analogowej epoki (to, że powstało na 35-milimetrowej taśmie, tylko wzmacnia tę tezę), skupione na międzyludzkiej komunikacji (ale także na jej braku lub na związanych z nią niepowodzeniach) oraz na resentymentach i urazach z przeszłości, najpierw nasilających się, a potem przezwyciężanych w imię lepszej przyszłości.
Lambert zachowuje się jak podglądaczka, która zapuszcza oko za kulisy codzienności, by uchwycić rozwijającą się relację pomiędzy Noahem a Rebeką (i Mayą). Tak oto tworzy nieskomplikowany film o skomplikowanych emocjach i błędach popełnianych mimo woli przez bohaterów. Tu każdemu przyświecają dobre intencje, ale – jak wnet się okazuje – kierowanie się nimi nie wystarcza, żeby dać komuś szczęście. Trzeba ponadto nauczyć się rozmawiać. I choć wszyscy mówią tu sporo – a już na pewno znacznie więcej niż w „Czasem myślę o umieraniu”, utworze niemal pozbawionym słów – to nie nadają na tych samych falach.
Nie bez znaczenia pozostaje w tym przypadku fakt, iż Maya bierze udział w debatach oksfordzkich (co znamienne, Rebecca – jako świeżo upieczona nauczycielka – jest odpowiedzialna za jej przygotowanie). Postaci funkcjonują tak, jakby zawsze były po różnych stronach barykady, a przez to dążyły nie tyle do porozumienia, co do wygranej w dyskusji.
By nie przytłaczać widza intensywnością sprzeczek, Lambert lubi odwrócić wzrok i skierować obiektyw kamery na faunę i florę. W zdjęciach przyrody, które jawią się tu jako elipsy, reżyserka odnajduje ukojenie, podobnie skądinąd jak Noah w biciu swojego serca.



