Wyjść na prostą

Jako że kryzys opioidowy w Stanach Zjednoczonych nadal trwa, a fentanyl – który za sprawą rozporządzenia podpisanego 15 grudnia 2025 roku przez prezydenta Donalda Trumpa został uznany za broń masowego rażenia – nieprzerwanie dziesiątkuje obywateli kraju, kino amerykańskie wciąż bacznie przygląda się tematowi. Rękę na pulsie trzyma na przykład Adam Meeks, który – rozwinąwszy swą dość nijaką krótkometrażówkę z 2020 roku – zrealizował bardzo dojrzały debiut pełnospektaklowy pod tytułem „Union County” (2026). Ta starannie wyważona mieszanka fabularnej fikcji i dokumentalnej obserwacji przybliża odbiorcy losy ludzi, którzy są na dobrej drodze, by wyjść na prostą i uwolnić się od uzależnienia wyciskającego piętno zarówno na nich, jak i na ich bliskich.

Jedną z takich osób jest Cody Parsons (Will Poulter; znany między innymi z melodramatu „W dzikim galopie” Daniela Minahana z 2024 roku). Mężczyzna, chcąc uniknąć dalszej odsiadki w więzieniu, decyduje się na wzięcie udziału w specjalnym i trwającym osiemnaście miesięcy programie, który, owszem, oferuje leczenie, ale pod pewnymi warunkami. Jego uczestnicy muszą, ot, choćby, poddawać się regularnym testom na obecność używek, uczestniczyć w sesjach terapeutycznych i stawiać się na każde wezwanie sędziego, by zaraportować o postępach. Byłoby świetnie, gdyby znaleźli robotę, która pozwoli im pokryć codzienne wydatki i opłacić dach nad głową.

Z tym ostatnim u Cody’ego krucho. Wprawdzie ma etat w tartaku i haruje jak wół, ale na wynajęcie mieszkania czy przynajmniej pokoju jeszcze go nie stać, w związku z czym koczuje w lesie, nocując w zdezelowanym aucie, w którym przechowuje cały swój dobytek. Niemniej jednak jest zdeterminowany, by pokonać nałóg, a przy okazji odpokutować za popełnione w przeszłości grzechy, których skądinąd nie potrafi mu wybaczyć jego siostra Katrina (Emily Meade), wściekła nań za to, że w narkotykowe bagno wciągnął ich brata.

Jack (Noah Centineo), bo o nim mowa, też partycypuje w nadzorowanym przez sąd procesie kuracyjnym, lecz jego nastawienie do projektu – ale i do samej perspektywy zmiany, a może nawet i do egzystencji jako takiej – jest zgoła inne niż Cody’ego, o czym bodaj najdobitniej świadczy to, co dzieje się w trakcie imprezy przy ognisku. O ile Cody, chłopak wycofany i cichy (rola Poultera – chyba najlepsza w jego dotychczasowej karierze – jest niemal niema), z trudem nawiązuje kontakt z Anną (Elise Kibler) – ostatecznie para zbliża się do siebie nieco później, i to małymi kroczkami – o tyle Jack, imprezowicz co się zowie, bez większych komplikacji podrywa dopiero co poznaną dziewczynę. Cody, świadom tego, ile ma do stracenia, poważnie podchodzi do wyzwań, jakie stawia przed nim życie. Jack z kolei zachowuje się tak, jakby zasady i ewentualne konsekwencje ich złamania go nie dotyczyły. Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz, czy raczej hulaj dusza, piekła nie ma?

Meeks, absolwent nowojorskiej Tisch School of the Arts, wraca do rodzinnego Ohio, czerwonego stanu leżącego w Pasie Rdzy, o którym J. D. Vance – na długo, zanim wykonał politycznego fikołka i został wiceprezydentem USA – pisał w „Elegii dla bidoków”, że „jak z otwartej rany wyciekały z niego miejsca pracy i nadzieja”, by przeanalizować skutki kryzysu od lat trawiącego Amerykę. Reżyser i scenarzysta skupia się na obszarze, na którym niegdyś kwitł przemysł ciężki, bo to właśnie na takich terenach opioidy zbierają największe żniwo. Autor bierze pod lupę najuboższych, często ledwo wiążących koniec z końcem przedstawicieli małomiasteczkowej lub wiejskiej klasy robotniczej, lecz nie wykorzystuje tragedii, żeby potępiać, a po to, by z troską i empatią zaprezentować ich starania o lepsze jutro.

W tym celu Meeks konfrontuje ze sobą aktorów zawodowych (vide: Poulter czy Centineo) z absolutnymi naturszczykami, którzy są absolwentami rzeczonego programu (to im zresztą, jak informuje plansza zamykająca, dedykowany jest ten film). Niewykluczone, że to właśnie dzięki tej niekonwencjonalnej decyzji „Union County” jest obrazem aż tak poruszającym. Sesje terapeutyczne, podczas których bohaterowie dzielą się swoimi doświadczeniami – jakże częsty motyw w kinie o zgubnych nawykach – wydają się szalenie autentyczne, a ich siła oddziaływania jest ogromna. Prawda – można by rzec – jest tu prawdziwsza niż zwykle.

Meeks, infiltrując targaną problemami społeczność, która sprzymierza się przeciwko wspólnemu wrogowi, oddaje jej głos i robi to z wyczuciem, a kreśląc dwie jakże różne postawy – Cody’ego i Jacka – pokazuje, z czym wiąże się z walka z uzależnieniem. Jednym udaje się zatriumfować nad własnymi słabościami, inni skazani są na wieczne popełnianie tych samych błędów, które generują li tylko krew, pot i łzy.

„Union County” to szczery i ponury film, utrzymany w znacznej mierze w szarościach (zarówno na poziomie wizualnym, jak i tematycznym), zupełnie tak, jakby reżyser chciał powiedzieć, że nic w kontekście wyrywania się ze szponów nałogu nie jest czarno-białe. Nie ma tu wielkich słów czy jeszcze większych gestów. Jest za to praca u podstaw, pokonywanie przeciwności nie na łapu-capu, a dzień po dniu. Nie ma tu odpowiedzi na to, czy Cody’emu uda się wytrwać, ale jest to, co zdaniem Vance’a wycieka, czyli nadzieja (mężczyzna marzy o przeprowadzce do Columbus, gdzie czeka na niego stanowisko w księgarni). Nie ma tu demonizowania. Jest przedstawianie dowodów na to, że kryzys da się zażegnać. Nie ma też pogardy wobec zmagających się z przeszkodami, lecz jest wsparcie udzielane przez innych. „Zostanę z tobą na linii tak długo, jak będziesz tego potrzebował” – mówi Cody’emu jego opiekunka Annette (grana przez amatorkę Annette Deao, konsultantkę socjalną związaną z programem), gdy ten wpada do emocjonalnego dołka. Takie momenty, na pozór niezauważalne, świadczą o jakości tego utworu.

Recenzja filmu Union County; reż. Adam Meeks; USA 2026; 97 minut