Nauka oddychania

Urodzony w 1988 roku Ramzi Bashour, amerykański artysta o syryjskich korzeniach, zrealizował najpierw dwie krótkometrażówki – mowa o „No One Gets Out of Here Alive” (2016) oraz „The Trees” (2021) – nim dał się poznać jako jeden z kluczowych współpracowników Maxa Walkera-Silvermana. Do jego „Piosenki o miłości” (2022), prostej i cichej historii o ponownym spotkaniu dwojga bliskich sobie niegdyś ludzi, w których tli się nostalgia za przeszłością, skomponował ilustrację muzyczną. Przy „Od nowa” (2025), kinie cudownym w swej prostocie, skupionym na sile pamięci oraz wspólnoty, rozdzierającym serce, ale i podnoszącym na duchu, pracował – wespół z Jane Rizzo – jako montażysta.

Nic zatem dziwnego, że jego pełnospektaklowy debiut, czyli pokazywany premierowo na festiwalu Sundance komediodramat „Hot Water” (2026), to film przesiąknięty wrażliwością – zarówno emocjonalną, jak i estetyczną – Walkera-Silvermana, a zarazem, co szalenie istotne, naznaczone autorskim piętnem Bashoura.

Gdy krnąbrny licealista Daniel (Daniel Zolghadri) zostaje wyrzucony ze szkoły za „naruszenie nietykalności cielesnej innego ucznia” – jak władze placówki określają użycie przezeń kija hokejowego do poturbowania rówieśnika – jego matka Layal (Lubna Azabal), wykładowczyni akademicka z (najprawdopodobniej) uniwersytetu w Bloomington w Indianie, podejmuje decyzję o przeniesieniu syna do ogólniaka w Santa Cruz w Kalifornii, gdzie mieszka jego ojciec Anton (Gabe Fazio). To rozsądne rozwiązanie, gdyż pozwoli dziewiętnastoletniemu chłopakowi ukończyć w końcu liceum (tak się składa, że ten już drugi raz powtarza klasę).

Sęk w tym, że młodzian ma problem z płucami, w związku z czym nie może latać, a to oznacza, iż do celu trzeba go zawieźć. Tak oto Layal i Daniel wsiadają do wysłużonego auta marki Subaru i wyruszają w podróż ze Środkowego Zachodu nad Pacyfik. To bez mała trzydzieści pięć godzin jazdy przez Illinois, Missouri, Kansas, Kolorado, Utah oraz Nevadę. W tym czasie i na takim dystansie (chodzi przecież o przemierzenie niemal całych Stanów Zjednoczonych wzdłuż) sporo może się wydarzyć.

Bashour sięga po kino drogi – jedną z najbardziej amerykańskich konwencji znanych X muzie – i przerabia je na własne potrzeby tak, by przybliżyć losy dwóch połączonych więzami rodzinnymi osób, które dzielą nie tylko dość typowe dla formuły kwestie pokoleniowe, ale i tożsamościowe, zdecydowanie rzadziej poruszane w utworach spod tego znaku.

Layal jest imigrantką z Libanu, która w USA uczy języka arabskiego. Jej tęsknota za domem w Bejrucie, wyrażana poprzez powtarzające się raz po raz telefony do wciąż żyjących na Bliskim Wschodzie krewnych, jest ogromna oraz potęguje i tak już narastającą w niej frustrację (to, że kobieta rzuciła właśnie palenie i stara się zastąpić papierosy klementynkami dolewa, rzecz jasna, oliwy do ognia). Daniel – nieznający ojczyzny przodków, bo wszak urodzony na terenie tak zwanego Nowego Świata – jest z kolei jankeski do bólu, co w jego przypadku oznacza tyle mniej więcej, że charakteryzuje go duży luz (to wręcz zaskakujące, że na co dzień gra w bardziej kanadyjskiego hokeja, a nie, ot, choćby, w futbol czy baseball).

Bashour pokazuje zderzenie tych jakże rozbieżnych doświadczeń na tle zmieniającego się – i niezwykle pięknego – krajobrazu Stanów Zjednoczonych, w których powtarzalne i niemal nie do odróżnienia są motele, dinery oraz stacje benzynowe. Reżyser i scenarzysta wykorzystuje wielokulturowy bagaż dźwigany przez jego bohaterów nie po to, by ich dodatkowo zantagonizować (co znamienne, ich interakcje są wyjątkowo łagodne), lecz po to, by ich do siebie zbliżyć.

Ostatecznie Layal i Daniel, jak to zwykle bywa w filmach drogi, znajdują konsensus. Oboje doszkalają się w sztuce szeroko rozumianego oddychania. Ona, przy pomocy syna i osób spotykanych na trasie, a zwłaszcza za sprawą Sashy, hipiski i nudystki granej przez niezawodną w rolach drugoplanowych Dale Dickey, wreszcie się odpręża. On natomiast, przeszedłszy przyspieszony kurs dojrzewania pod skrzydłami matki, uczy się odpowiedzialności i dowiaduje się tego, czego oczekuje od przyszłości.

Bashour jest bardzo czuły wobec swoich protagonistów. Choć nie ucieka od tematów traumatycznych i nadmiernego chwilami sentymentalizmu, to w „Hot Water” dominuje lekkość oraz przekonanie o tym, że dobrze być razem. Mało tego – wbrew temu, co mówi im Michael (w tej roli sam Walker-Silverman), śmierdzący autostopowicz, którego wypraszają z samochodu, Layal i Daniel nie są złymi ludźmi. Są po prostu pogubieni, ale – jako się rzekło – odnajdują się w podróży.

Recenzja filmu Hot Water; reż. Ramzi Bashour; USA 2026; 97 minut