Wystawieni do wiatru

Rose Manning (Evelyn Brent) poprzysięga zemstę na inspektorze McArthurze, pseudonim „Rzeźnik” (William Holden; nie mylić z późniejszym zdobywcą Oscara), po tym, jak mężczyzna zabija jej ojca-gangstera. Mija pięć lat. Kobieta zagrzewa miejsce w nocnym klubie należącym do Chucka Gainesa (Ralf Harolde), mającego na nią chrapkę przemytnika alkoholu. Zamiast odwzajemnić jego uczucia, Rose – wciąż zafiksowana na punkcie wendety – zaczyna umawiać się z jednym z gości lokalu, niejakim Jimmym (Regis Toomey), który, jak się okazuje, jest synem znienawidzonego gliniarza. Gdy Chuck dowiaduje się o poczynaniach kobiety, z którą wiązał przyszłość, zleca swojemu człowiekowi Bingowi (Maurice Black), by ten zajął się chłopakiem. W międzyczasie inspektor McArthur dokonuje nalotu na nielegalnie działający klub, chcąc położyć kres całej tej szopce. Rose, zdawszy sobie sprawę z uczuć, jakimi darzy Jimmy’ego, próbuje go ostrzec przed planem jej byłego absztyfikanta, ale tak się składa, że sama staje się ofiarą ataku Chucka. Jimmy nadciąga z odsieczą, strzelając do mężczyzny. Gdy na miejsce zbrodni dociera „Rzeźnik”, para winą za śmierć szmuglera spirytualiów obarcza Binga. McArthur, widząc, że tych dwoje ma się ku sobie, zamyka postępowanie i błogosławi zakochanych.

Ta szczegółowa rekonstrukcja fabuły wskazuje na fakt, iż „Wrobieni” (1930)1 George’a Archainbauda są kinem gangsterskim, choć przyznać trzeba, że zdecydowanie więcej tu elementów czysto melodramatycznych, przez co na próżno szukać filmu w zestawieniach obok takich tytułów jak choćby – późniejsze, swoją drogą – „Mały Cezar” (reż. Mervyn LeRoy, 1931) czy „Wróg publiczny” (reż. William A. Wellman, 1931). Wytwórnia RKO, która zakontraktowała tego doświadczonego reżysera na początku lat trzydziestych, sięgnęła po popularne wówczas motywy z półświatka, by przyciągnąć publiczność przed ekrany. Możliwość zajrzenia za kulisy prowadzenia szemranych interesów była wszak w epoce prohibicji na wagę złota. Nic więc dziwnego, że przemytnicy zaopatrujący lokale w wyskokowe trunki jawią się tu jako celebryci, za nic mający sobie literę prawa. Nie znaczy to bynajmniej, że są zepsuci do szpiku kości – na to przyjdzie widowni poczekać jeszcze kilka ładnych miesięcy.

Nie sposób nie zauważyć jednak, że „Wrobieni” – szukając bodajże kompromisu – opowiadają się po stronie policji, kibicując ich poczynaniom i próbom zaprowadzenia porządku w mieście. Zwłaszcza inspektor McArthur, ksywkę zawdzięczający pewnie bezpardonowym akcjom czyszczącym, w których uczestniczył jeszcze w przeszłości, zostaje tu sportretowany jako człowiek twardy, acz poczciwy, legitymizujący w najtrudniejszym momencie istotę człowieczeństwa, czyli miłość. Należy zaznaczyć, iż zadanie ma szczególnie utrudnione, a wszystko to przez zantagonizowaną z nim Rose, znakomicie sportretowaną przez Brent, znaną między innymi z „Ludzi podziemia” (reż. Josef von Sternberg, 1927), gdzie również wcielała się w dziewczynę gangstera. Bohaterka ostatecznie mięknie, i to pod wpływem faceta najmniej zapewne spodziewanego, przecierając jednocześnie szlaki takim tuzom świata przestępczego jak Barbara Stanwyck czy Joan Crawford.

To, co wyróżnia „Wrobionych” i czyni z filmu nie tylko kryminalną ciekawostkę z okresu przedkodeksowego, prekursora najbardziej znanych przebojów gatunku, jest sam początek utworu, znakomicie sfotografowany przez Leo Tovera, zdjęciowca, który w latach czterdziestych doczeka się dwóch nominacji do nagrody Akademii. W pierwszej scenie wyprawiają się takie cuda, że wprost nie można nie docenić tej formalnej inwencji, mimo iż samo ujęcia trwa zaledwie kilka sekund. Twórcy wrzucają widza w samo centrum akcji bez żadnego uprzedzenia, co nie było znowuż takie oczywiste w dobie silnie unormowanego wizualnie systemu studyjnego. Żadnego master shota, który umożliwiłby odbiorcy orientację w przestrzeni. Oto kamera krąży za plecami mężczyzn, najpewniej policjantów, biorących w krzyżowy ogień zapierającą się rękami i nogami kobietę, która zarzeka się, że nie będzie sypać. Wygląda to fenomenalnie, lecz, co ciekawe, wykorzystanie podobnego ujęcia w finale, w ramach klamry kompozycyjnej, nie robi już takiego wrażenia. Mimo iż sporo jest tu ruchu – postaci często przemieszczają się po planie – Archainbaud bardzo dobrze radzi sobie z dźwiękiem, jedynie raz po raz wplatając w całość śródtytuły znane z kina niemego. Udana realizacja!

Wrobieni (1930)1

Framed

RKO PICTURES ● Reżyseria: George Archainbaud ● Scenariusz: Paul Schofield i Wallace Smith ● Wykonawcy: Evelyn Brent, William Holden, Regis Toomey i Ralf Harolde.

📅 16 marca 1930 roku ● 62 minuty

1 Polski tytuł nadany przeze mnie na potrzeby niniejszego cyklu.