Bohaterowie ostatniej akcji
Brisbane w Australii. Amerykanin Hank Malone (Alan Ritchson; znany między innymi z filmu „Aniołowie są wśród nas” Jona Gunna z 2024 roku), weteran służący niegdyś w zielonych beretach, pracuje jako kurier specjalny. Na co dzień para się transportem mniej lub bardziej legalnych przesyłek (takich jak na przykład złotniczka, narażony na wyginięcie ptak z rodziny papugowatych). Kiedy natomiast nie przewozi towaru, uczestniczy w mityngach Anonimowych Alkoholików. Trzeźwy jest już od dwunastu miesięcy.
Kiedy szef zleca mu kolejne zadanie, Hank natychmiast bierze się do roboty. Ma udać się na lotnisko, stamtąd wziąć paczkę z przeznaczoną do przeszczepu wątrobą, na którą czeka córka zamartwiającej się Kate (Leila George), a następnie dostarczyć ją do pobliskiego szpitala. Towarzyszy mu niejaki Ben Bishop (Owen Wilson z „Paint” Brita McAdamsa z 2023 roku), mężczyzna, który przyleciał z narządem aż ze Stanów Zjednoczonych. Gdy tylko panowie wsiadają do samochodu, Malone orientuje się, że mają ogon. Oto okazuje się, że na zawartość zaawansowanego technologicznie urządzenia chłodzącego zęby ostrzą sobie członkowie kartelu narkotykowego pod przewodnictwem Damiana Zaldívara (skoro wcielający się w złoczyńcę, to przerysowany Rodrigo Santoro).
„Runner” (2026) Scotta Waugha, utwór ze stajni niekojarzonego z kinem akcji Angel Studios – przedsiębiorstwa specjalizującego się w dziełach o tematyce chrześcijańskiej, rodzinnej i opartej na konserwatywnych wartościach (vide: recenzowane tu „Ostatnie rodeo” Jona Avneta z 2025 roku) – to obraz cokolwiek udany. Reżyser, były kaskader i twórca „Niezniszczalnych 4” (2023), całkiem nieźle radzi sobie ze scenariuszem Milesa Hubleya i Tommy’ego White’a, który jeszcze do niedawna figurował na tak zwanej Czarnej Liście, ale prawda jest taka, iż to nie jego zasługa, że „Runner” ma prawo się podobać.

Serce filmu stanowią Hank i Ben, a właściwie interpretujący ich Alan Ritchson i Owen Wilson. Trudno o bardziej niedopasowaną parę niż potężny osiłek o gołębim sercu oraz neurotyk z mocnym kręgosłupem moralnym. Ten pierwszy, od jakiegoś czasu na topie dzięki nadawanemu od 2022 roku serialowi „Reacher” (film Waugha ogląda się skądinąd jak kolejny, rozciągnięty do półtorej godziny odcinek hitu na podstawie prozy Lee Childa, co oczywiście jest komplementem), doskonale odnajduje się w granej przez siebie postaci: małomównego, a przy tym nieświadomie zabawnego faceta, który w przeszłości stracił dziecko, w związku z czym lepiej z nim nie zadzierać, zwłaszcza w okolicznościach, gdy w chodzi o pomoc innej latorośli. Drugi zaś stanowi wspaniały kontrapunkt dla kompana, i to nie tylko dlatego, że jest gadatliwy.
Wszystko to brzmi pięknie, ale niestety nie zawsze równie pięknie to wygląda. Wygenerowane komputerowo efekty specjalne kłują w oczy, co może i nie byłoby aż tak irytujące, gdyby nie fakt, iż zdecydowana większość anegdoty toczy się w ruchu (statycznych ujęć jest tu jak na lekarstwo). Malone i Bishop pędzą na złamanie karku, trochę jak w grze wideo, ale nie sposób uwierzyć w to, że ich zmagania zostały zarejestrowane w rzeczywistości profilmowej. Kiepsko patrzy się na część bijatyk, strzelanin i eksplozji, a jako że tych jest od groma, ogólny wniosek brzmi następująco: na poziomie wizualnym „Runner” bywa wręcz koszmarny.
Jest ponadto coś etycznie wątpliwego w tym, że protagonista – chcąc osiągnąć swój cel i uratować jedno istnienie – zabija po drodze, i to w stylu na wskroś brutalnym, dziesiątki osób, ale to zdecydowanie temat na inną dyskusję. Zarówno to, jak i wszelkie scenariuszowe nieścisłości – a tych zaiste nie brakuje – bledną w zestawieniu z tym, że twórcy „Runnera” starają się wydobyć jakąś głębię z kreślonych na ekranie sytuacji, zaś w bohaterów wlewają emocje.



