Łzy na planie

W 1930 roku minęły dwa lata od ostatniego znaczącego sukcesu Bustera Keatona – mowa o „Człowieku z kamerą” (1928) Edwarda Sedgwicka – i aż cztery od jego największego arcydzieła, czyli wyreżyserowanego przezeń, we współpracy z Clyde’em Bruckmanem, „Generała” (1926). „Impresario” (1930), zrealizowany również przez wspomnianego już Sedgwicka, prosto na zlecenie wytwórni MGM, to pierwszy mówiony film komika, który okazał się porażką na tyle dotkliwą, że na próżno szukać go wśród najpopularniejszych jego dzieł. Nie oznacza to bynajmniej, iż nie jest to kino zabawne. Wręcz przeciwnie. Wygłupy Keatona wciąż rozweselają, choć nie tak bardzo jak w epoce bez dźwięku. Pojawia się tu nawet scena, która wprost rozkłada na łopatki. Milczący dotąd Człowiek o Kamiennej Twarzy robi coś nowego i udowadnia, że jest w tym równie dobry: przemawia. Śmiechom zaś nie ma końca.

Elmer Butts (Keaton), menadżer Elviry Plunkett (Anita Page), świeżo wybranej miss miasteczka Gopher City w stanie Kansas, jedzie wraz z nią i z jej matką (Trixie Friganza), kobietą, która ani trochę za nim nie przepada, do Hollywood, by tam uczynić z dziewczyny gwiazdę światowego formatu. W pociągu poznają słynnego aktora Larry’ego Mitchella (Robert Montgomery), który – zapraszając ich najpierw na premierę najnowszego filmu ze swoim udziałem, a potem na plan zdjęciowy kolejnego obrazu – może stać się jej przepustką do sławy. W lofcie niespodziewanie to nie Elvira otrzymuje szansę wystąpienia przed kamerą, ale Elmer i hałaśliwa mamuśka.

To, co dzieje się od tej chwili, przechodzi wszelkie wyobrażenie. I nie chodzi wyłącznie o rozwiązania ściśle fabularne, ale również o to, w jaki sposób traktowany jest sam Keaton. Mający pierwotnie sprawować pieczę nad projektem komik (w czołówce pojawia się nawet informacja, że to on odpowiedzialny jest za produkcję), nie tylko stracił panowanie nad spektaklem, ale też wpadł w sidła jednego z czołowych hollywoodzkich potentatów branżowych, jakim w owym okresie był Irving Thalberg, cudowne dziecko Fabryki Marzeń oraz prawa ręka Louisa B. Mayera. Rola Keatona – dotąd niezależnego twórcy – została więc mocno zredukowana. Na domiar złego, i nie ma co tego ukrywać, przez większość ekranowego czasu jego postać jest bez ogródek poniewierana. To z kolei prowadzi do jednego z najbardziej przygnębiających finałów ery studyjnej. Oto bohater, który śpiewał i tańczył, jak mu zagrano, zostaje sam jak palec (i na ekranie, i poza nim). To nie rozdzierająca serce puenta w stylu Charliego Chaplina, ale zwyczajnie bolesne i niesmaczne zamknięcie historii o głębokim znaczeniu symbolicznym. Pytanie o to, jak włodarze wytwórni mogli w ogóle zgodzić się na coś takiego, nasuwa się samo, zaś współczucie oraz towarzysząca mu złość ściskają za gardło i nie chcą puścić. Żarty się skończyły.

Prawdziwą gwiazdą „Impresaria” nie jest bowiem wcale Keaton, po premierze pogrążający się w coraz większej depresji, ale właśnie Metro-Goldwyn-Mayer. Film do złudzenia przypomina niezwykle popularne na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych utwory reklamowe, w których występowała cała plejada najważniejszych nazwisk zakontraktowanych przez poszczególne kompanie (przykładem niech będzie choćby „Parada Paramountu”, także z 1930 roku, wyreżyserowana przez zawrotną liczbę twórców). Elementy autotematyczne, wejście za kulisy Tinseltown oraz uchylenie rąbka tajemnicy dotyczącej technicznych aspektów kina dźwiękowego – przez jakiś czas obowiązywał zresztą w tym przypadku tytuł roboczy „Na planie” – sprawiają, że panuje tu chaos, choć możliwy do uporządkowania. Nieustannie zmieniająca się scenografia, następujące po sobie konwencje – od westernu przez musical po komedię buduarową – pozwalają zaprzęgnąć do projektu pojawiające się zaledwie na kilka sekund sławne osobistości: Lionela Barrymore’a, Cecila B. DeMille’a czy Freda Niblo.

Anita Page jest tu słodka jak należy, natomiast to nieco dziś zapomniana Trixie Friganza daje mistrzowski popis umiejętności w roli natrętnej i głośnej matki. Głośnej na tyle, że zachrypnięty i korespondujący z oszczędną mimiką głos Keatona – mówiącego tu ze swym oryginalnym, głębokim akcentem prosto z amerykańskiego Środkowego Zachodu – niemal ginie w zderzeniu z robionym przez nią hałasem. Niemal, bo komikowi nie tylko kazano się odzywać, ale i śpiewać.

Impresario (1930)

Free and Easy

MGM ● Reżyseria: Edward Sedgwick ● Scenariusz: Richard Schayer i Paul Dickey ● Wykonawcy: Buster Keaton, Anita Page, Trixie Friganza i Robert Montgomery.

📅 22 marca 1930 roku ● 92 minuty