Być jak Bette i Joan
„Oto moje utrapienie: jestem naiwniaczką, która śni o niewłaściwych rzeczach” – mówi grana przez Hedy Lamarr Gaby w filmie „Algier” Johna Cromwella z 1938 roku. Wypowiadane przez kobietę słowa otwierają „Pretty Babies” (2026), czyli debiut reżyserski Tyler-Marie Evans, a zarazem współczesną opowieść o marzycielkach, które dążąc do zaspokojenia swoich pragnień, ambicji, aspiracji i potrzeb, zderzają się ze ścianą z napisem „Witajcie w Ameryce, laleczki”.
Marie (Emily Alyn Lind; znana między innymi z „Każdego twojego oddechu” Vaughna Steina z 2019 roku) i Luna (Sadie Stanley z „Gdzieś w Queens” Raya Romano z 2022 roku) to mieszkające w jednej z niezliczonych pipidówek w Stanach Zjednoczonych przyjaciółki, które chciałyby być jak Bette Davis i Joan Crawford. Nie chodzi bynajmniej o to, by – jak one – żyć w konflikcie (choć ten na pewno wzbudziłby zainteresowanie mediów), a o to, żeby upodobnić się do ich ekranowych wcieleń: postaci wyróżniających się siłą, charyzmą, bezkompromisowością oraz klasą.
Wydawać by się mogło, że to cudaczna fantazja, zwłaszcza w przypadku nastolatek dorastających w trzeciej dekadzie XXI wieku. Wnet okazuje się natomiast, że Marie i Luna nie są typowymi licealistkami, które każdą wolną chwilę spędzają na przewijaniu rolek na Instagramie czy TikToku. To dziewczyny, które wolą raczej ofertę programową TCM, kanału telewizyjnego z klasykami (w Polsce nadawanego do 2015 roku). Ta pierwsza – trochę z braku laku, bo obowiązywał ją zakaz oglądania treści zawierających seks i przemoc (jej matka była najwyraźniej zwolenniczką utrzymania zniesionego w 1968 roku Kodeksu Produkcyjnego) – wychowała się na czarno-białych starociach z lat trzydziestych i czterdziestych minionego stulecia, a zakochawszy się w nich, zaraziła swą miłością tę drugą.
Gdy którejś nocy Marie zostaje zgwałcona, a następnie uratowana przez Lunę, pannice – niczym Thelma i Louise (Geena Davis i Susan Sarandon) z kultowego dziś utworu Ridleya Scotta z 1991 roku – postanawiają uciec w siną dal, czyli do Tinseltown, by tam osiągnąć sukces w przemyśle kinowym i zrobić karierę aktorską na miarę wspomnianych już Davis i Crawford. Sęk w tym, że po drodze spotykają autostopowiczki Sapphire (Ashley Benson) i Gemmę (Madelaine Petsch z „Jane” Sabriny Jaglom z 2022 roku), które – władowawszy im się do samochodu, skądinąd kradzionego – odsłaniają przed nimi tajniki innego zgoła biznesu, a mianowicie prostytucji.

„Pretty Babies” to historia opacznie zrozumianej przez Marie i Lunę Złotej Ery Hollywood. Owszem, wysoki status Davis i Crawford to fakt, podobnie zresztą jak ich wyjątkowa sprawczość, ale nie należy zapominać o tym, że obie gwiazdy funkcjonowały w ramach szalenie patriarchalnego systemu, co oznacza mniej więcej to, że emancypowały się na tyle, na ile pozwalali im rządzącymi studiami baronowie. Bette i Joan – ale i setki ich koleżanek po fachu – były produktami Fabryki Snów, stworzonymi i kontrolowanymi przez mogułów, a potem oglądanymi przez męską część publiczności. Nie bez powodu niezależność, jaką zdobywały – zarówno seksualna, jak i zawodowa – była tak często karana w finałach powstających przed dziesięcioleciami dzieł.
Marie i Luna dostrzegają tylko jedną stronę monety, co skutkuje tym, że kiedy decydują się na autonomię, ich plany niemal natychmiast spalają na panewce. Jasne, stają w światłach rampy, ale nie w atelier, a w klubie ze striptizem. Zyskują sławę, lecz nie taką, o jakiej myślały. Chciały być pożądane, ale nie tak. Ich pogoń za celem przekształca się w mroczny koszmar, z którego nie sposób się wybudzić. Bunt przeradza się w tęsknotę za tym, co utracone, na czele z szeroko pojętą cnotą (nie bez znaczenia jest to, że wśród swoich inspiracji Evans wymienia „Przekleństwa niewinności” Sofii Coppoli z 1999 roku). Zamiast upodmiotowienia i radości są uprzedmiotowienie oraz wstyd. Zamiast charakterystycznego dla kina lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku czaru – zwanego też glamourem – jest tani brokat pod oczami i pot spływający z twarzy po odbyciu stosunku z kolejnym klientem. Zamiast spełnionych marzeń jest brutalna i ociekająca naturalizmem rzeczywistość.
„Pretty Babies” to przedziwny film, intrygujący i odpychający zarazem, skłaniający nawet nie tyle do refleksji, co do naprawdę głębokich analiz i interpretacji, a przy tym jakiś taki płytki, dość powierzchownie traktujący amerykańskie ruchome obrazy sprzed grubo ponad pół wieku. Niemniej jednak wynika z niego, że i obecnie niegdysiejsze gwiazdy wciąż rozpalają wyobraźnię widowni na całym świecie.



