Wielka improwizacja

Nurt mumblecore, czyli odmiana amerykańskiego kina niezależnego, skupia się na realistycznym ukazywaniu codziennych relacji i emocji poprzez nacisk na dialog (często improwizowany, a czasami ważniejszy od samej anegdoty), a także naturalne (lub wręcz naturalistyczne) aktorstwo oraz minimalistyczną formę i niski budżet (nie zawsze). Wprawdzie za ojca chrzestnego podgatunku uchodzi Andrew Bujalski (zaczęło się od jego „Funny Ha Ha” z 2002 roku), ale wśród twórców, którzy wycisnęli trwały ślad na konwencji, wynosząc ją na wyżyny, są Mark i Jay Duplassowie.

Do zrealizowanych przez nich filmów, które wpisują się w ramy prądu, należą „The Puffy Chair” (2005), „Baghead” (2008), „Cyrus” (2010), „Jeff wraca do domu” (2011) oraz „Dwudziesto-pięcio-bój” (2012). Może i ten ostatni tytuł wieńczy reżyserską współpracę Duplassów, ale nie zamyka bynajmniej ich wspólnej działalności producenckiej. Tak się bowiem składa, że pod egidą założonej przez nich firmy powstało już kilkadziesiąt projektów, w tym na przykład recenzowane tu „Lekcje języka” (reż. Natalie Morales, 2021).

Po premierze „Dwudziesto-pięcio-boju” Jay, urodzony w 1973 roku, a więc starszy z braci, grał u kolegów i koleżanek po fachu oraz spełniał się na planie licznych seriali. Teraz wraca do formuły pełnego metrażu. „Oszołomy z Baltimore” (2025) to jego samodzielny debiut na tym polu, ponieważ po raz pierwszy za kamerą nie partneruje mu Mark (tak czy siak, jest on jednym z producentów wykonawczych utworu).

Całość zaczyna się niepokojąco. Oto Cliff (Michael Strassner; współodpowiedzialny za garściami czerpiący z jego własnych doświadczeń scenariusz) podejmuje nieudaną próbę samobójczą. Cięcie. Mija sześć miesięcy, a mężczyzna jest już innym człowiekiem. W drodze do przyszłych teściów chwali się swej narzeczonej Brittany (Olivia Luccardi) zdobytym właśnie medalionem trzeźwości. Sprawy, jak można przypuszczać, nabierają wreszcie pomyślnego obrotu. Do chwili, w której para dociera na miejsce. Tam Cliff, zderzywszy się z futryną, wybija sobie ząb.

Tragedia byłaby ogromna w każdych okolicznościach, ale jest tym większa, że dochodzi do niej 24 grudnia, co oznacza tyle, że umówienie się do dentysty w Baltimore graniczy z cudem (niewykluczone, że łatwiej znaleźć hydraulika w weekend). Cliff wydzwania po różnych punktach, aż w końcu telefon odbiera odeń Didi (Liz Larsen), która zaprasza go na wizytę.

Kiedy jest już po wszystkim, poszkodowany orientuje się, że spod gabinetu lekarki odholowano jego samochód (nie byle jaki – to perłowy Cadillac DeVille z lat dziewięćdziesiątych XX wieku). Jak nie urok, to przemarsz wojsk. W dostaniu się na parking depozytowy postanawia pomóc mu Didi. Po odzyskaniu auta Cliff, podsłuchawszy uprzednio, że kobieta nie ma z kim spędzić świąt, zaprasza ją na kolację. Ona godzi się dość niemrawo, zwłaszcza że jej rozmówca wydaje się nieco napastliwy. Ostatecznie jednak oboje wyruszają w wędrówkę po ulicach największego miasta stanu Maryland.

W „Oszołomach z Baltimore”, jak to zwykle bywa w obrazach typu mumblecore, dzieje się niewiele, przynajmniej na najbardziej podstawowym poziomie. Dopiero wraz z zanurzeniem się w tej opartej na rozmowach historii widz odkrywa kolejne warstwy wielowymiarowości snutej przez Duplassa opowieści. Im zaś głębiej, tym ciekawszy staje się ten film, będący skądinąd bezprecedensową mieszanką kina bożonarodzeniowego i dzieł spod znaku tak zwanych ucieczek w noc (into-the-night movies).

W efekcie reżyser kreśli słodko-gorzki przekaz o ludziach zmagających się z życiem. On jest nieprzestającym gadać i żartować komikiem, tęskniącym za kontaktem z publicznością, ale zarazem świadomym tego, że jego występom zawsze towarzyszył alkohol, który budził w nim uśpione demony. Ona zaś jest mówiącą znacznie mniej, ale za to zatracającą się w pracy samotną kobietą po rozwodzie, która woli zaglądać w zęby pacjentom, niż spędzać Wigilię z rodziną po przejściach.

Nic dziwnego, że tych dwoje poturbowanych przez los bohaterów zbliża się do siebie. Spacerując, dzielą się tym, co im w duszach gra. Odsłaniają się przed sobą, czego bodaj najdoskonalszym przykładem jest scena, w której improwizują na scenie. Emocje, jak na dobry mumblecore przystało, są tu autentyczne, podobnie zresztą jak tytułowe Baltimore. To, że Duplass i jego operator Jon Bregel zrezygnowali ze studia na rzecz plenerów – pal licho, że słabo oświetlonych czy chwytanych nieostro – daje niezwykły rezultat, coraz rzadziej spotykany we współczesnej kinematografii.

Recenzja filmu Oszołomy z Baltimore (The Baltimorons); reż. Jay Duplass; USA 2025; 99 minut