Żałobne kłamstwo
Eleanor Morgenstein (June Squibb) właśnie straciła kompankę i współlokatorkę, z którą od ponad półtorej dekady zajmowała to samo mieszkanie. Bessie Stern (Rita Zohar) zmarła we śnie, osiągnąwszy uprzednio stan katharsis. Tak się bowiem składa, że zanim odeszła, zdążyła opowiedzieć towarzyszce historię, która od dziesięcioleci przysparzała jej zgryzot. Chodzi o świadectwo doświadczenia wojny i Holocaustu. Bessie, nie chcąc, by pochowano je wraz z nią w grobie, podzieliła się nim z najbliższą osobą, dzięki czemu kamień spadł jej z piersi.
Śmierć kumpeli przyczynia się do tego, że egzystencja Eleanor wywraca się do góry nogami. Nie mając nikogo na Florydzie, gdzie spędza emeryturę, pani Morgenstein wraca na stare śmieci. Przeprowadza się do Nowego Jorku, do będącej po rozwodzie córki Lisy (Jessica Hecht) i wnuka imieniem Max (Will Price). Jako że ci nie mają dla niej zbyt dużo czasu – na lokum na Manhattanie trzeba przecież zarobić – wysyłają babuleńkę do lokalnego Centrum Społeczności Żydowskiej, gdzie ta miałaby możliwość udzielania się towarzysko.
Na miejscu Eleanor myli pomieszczenia i trafia na spotkanie dla ocalałych z Zagłady dokonanej przez nazistów w trakcie drugiej wojny światowej. Zachęcona do tego, by zostać, tak właśnie czyni. Poproszona, by przedstawić wydarzenia z przeszłości, zgadza się. Sęk w tym, że sięga nie po swoje wspomnienia, a po te, którymi obdarzyła ją Bessie. To zaś, co mówi, zwraca na nią uwagę Niny Davis (Erin Kellyman), studentki dziennikarstwa, która planuje nie tylko spisanie jej dziejów, ale również zaprzyjaźnienie się z seniorką.
Jak często się zdarza, by zbliżająca się do setki aktorka dostawała główne role w filmach? W Hollywood, które wyznaje kult młodości, zwłaszcza wśród kobiet, właściwie nigdy. Wyjątkiem potwierdzającym tę przykrą regułę jest urodzona w 1929 roku June Squibb. Dziewięćdziesięciosześciolatka, nominowana do szeregu prestiżowych nagród za wirtuozerski popis w „Nebrasce” (reż. Alexander Payne, 2013), dopiero co pojawiła się w recenzowanej tu „Thelmie” (2024) Josha Margolina, a już ma na koncie kolejny występ, którego jest skądinąd najjaśniejszym punktem.

„Eleanor Wspaniała” (2025) to reżyserski debiut Scarlett Johansson, która zjadła zęby na graniu przed kamerą. Zaczynała wszak jako dziecko. Publiczność poznała ją za sprawą „Manny i Lo” (reż. Lisa Krueger, 1996) oraz „Zaklinacza koni” (reż. Robert Redford, 1998). Przełomem na jej ścieżce – i to takim, o jakim koledzy i koleżanki po fachu mogliby co najwyżej pomarzyć – było kultowe dziś „Między słowami” (reż. Sofia Coppola, 2003). Następnie zawiązała współpracę z Woodym Allenem, który zaangażował ją do obrazów „Wszystko gra” (2005), „Scoop – Gorący temat” (2006) oraz „Vicky Cristina Barcelona” (2008). W międzyczasie dołączyła do Filmowego Uniwersum Marvela, co uczyniło ją jedną z najlepiej zarabiających gwiazd w branży.
I kiedy już zaczęło się wydawać, iż Johansson roztrwoniła swój talent na drobne, na ekrany weszły dwa utwory, które przypomniały widowni o skali jej umiejętności, a mianowicie „Historia małżeńska” (reż. Noah Baumbach, 2019) i „Jojo Rabbit” (reż. Taika Waititi, 2019). Zbudowawszy tak bogatą karierę aktorską, rzeczą naturalną stała się potrzeba wykonania następnego kroku. Gdy przedłożono jej scenariusz autorstwa Tory’ego Kamena, Johansson zachwyciła się nim tak bardzo, iż wyraziła zarówno chęć wyprodukowania filmu na jego podstawie, jak i wyreżyserowania go.
„Eleanor Wspaniała” to kino oparte na szalenie niebezpiecznej przesłance. Mowa w końcu o anegdocie zorganizowanej wokół kłamstwa, którego protagonistka nigdy nie prostuje. Gdyby nie to, że na drodze pani Morgenstein pojawiają się ludzie dementujący podawane przez nią informacje, istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że kobieta nie przyznałaby się ani do siania nieprawdy, ani do błędu. Przywłaszczając historię Bessie, Eleanor przekracza granicę, lecz – w przeciwieństwie do ot, choćby, tytułowego bohatera musicalu „Drogi Evanie Hansenie” (reż. Stephen Chbosky, 2021), który wykorzystuje samobójczą śmierć kolegi ze szkoły – nie robi tego z wyrachowania. Eleanor, owszem, jest zgorzkniałą staruszką, ale nie ma w niej za grosz cynizmu. To pozwala widzowi sympatyzować czy wręcz empatyzować z interpretowaną przez Squibb seniorką.
Johansson, która stąpa po kruchym lodzie, kreśląc tę opowieść, usprawiedliwia naganne zachowanie Eleanor, rozpoznając w niej osobę pogrążoną w żałobie i tęsknocie za przyjaciółką. Wprawdzie Morgenstein kradnie tożsamość zmarłej, lecz nie ze złej woli, a raczej z głodu przynależenia do grupy, a także z niewysłowionego pragnienia, by pośmiertnie zadośćuczynić Bessie, która tak długo nosiła w sercu ból związany z Holocaustem. Kiedy w jednej z pierwszych scen filmu sklepikarz niewinnie pyta Stern o to, czy raz na jakiś czas byłaby w stanie wyszczerzyć do kogoś zęby, ona odpowiada – zupełnie serio – że uśmiech z twarzy starł jej Hitler. Eleanor chce pielęgnować pamięć o Bessie, ale uzurpując sobie prawo do jej biografii, wyrządza wiele szkody tym, którzy faktycznie przetrwali pogrom zgotowany Żydom przez nazistów.
To, że „Eleanor Wspaniała” jest utworem o radzeniu sobie ze stratą, potwierdza wprowadzenie wątku Niny i jej ojca Rogera (Chiwetel Ejiofor), którzy nie potrafią się dogadać po śmierci najważniejszej dla nich kobiety: matki dziewczyny, a zarazem żony mężczyzny. Problem w tym, że o ile Johansson nieźle radzi sobie z prowadzeniem intrygi skupiającej się na Eleanor (vide: przygotowania protagonistki do późnej bat micwy czy jej relacja z Niną), o tyle losy rodziny Davisów wymykają jej się spod kontroli. Biorąc pod uwagę fakt, iż całość trwa zaledwie 98 minut, to ta nieumiejętność pogodzenia kilku tematów wydaje się zwyczajnie dziwna.
Niemniej jednak Johansson spada na cztery łapy. Jej debiut może i bywa ryzykowny, ale koniec końców jest bezpieczny. Reżyserka znajduje balans pomiędzy tym, co poważne czy nawet moralnie dwuznaczne, a tym, co zabawne, nie popadając przy tym w nadmierny sentymentalizm. Największą zwyciężczynią projektu jest zaś przeżywająca istny renesans kariery Squibb. Gdy jej bohaterka mówi, że czuje się jak nastolatka – pomimo dziewięćdziesiątki na karku – to nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż aktorka mogłaby wyznać to samo.



