Złe ziemie

Wall, licząca kilkuset mieszkańców mieścina w Dakocie Południowej. W języku lakota mówi się o niej Makȟóšiča Aglágla Otȟuŋwahe. Miasteczko położone wzdłuż badlandów. Chodzi o obszar w południowo-zachodniej części stanu, poprzecinany wąwozami, urwiskami i wzgórzami, które powstały w wyniku erozji skał miękkich. Porshia (Porshia Zimiga) porównuje to silne rozczłonkowanie terenu do blizn. Tak się składa, że w szramach są nie tylko tutejsze złe ziemie, ale i zasiedlający je ludzie, bohaterowie filmu „Na wschód od Wall” (2025), reżyserskiego debiutu Kate Beecroft, w którym pobrzmiewają echa „Jeźdźca” (2017) Chloé Zhao.

Tabatha (Tabatha Zimiga), zaklinaczka koni z tych okolic (sąsiedzi powiadają, że jest wiedźmą), ledwo wiąże koniec z końcem. By utrzymać należące do niej ranczo, sprzedaje zwierzęta, które najpierw uratowała przed rzezią, a następnie ujarzmiła. Wystawia je zarówno na popularnych aukcjach, jak i na TikToku.

Klacze i ogiery to bynajmniej nie jedyne stworzenia, które ocaliła przed zgubą. Są jeszcze dzieci. Wprawdzie Tabatha ma własne potomstwo – to na przykład wspomniana już Porshia – ale pod jej dachem przebywają też inne osoby, albo osierocone, albo najzwyczajniej w świecie porzucone przez rodziców (warto nadmienić, iż wskaźnik samobójstw w hrabstwie Pennington, w skład którego wchodzi Wall, jest ponad dwukrotnie wyższy niż średnia krajowa).

Na cały ten inwentarz trzeba zarobić pieniądze, co z miesiąca na miesiąc – podobnie skądinąd jak samo życie – staje się coraz trudniejsze. Nic zatem dziwnego, że w chwili, gdy na horyzoncie pojawia się Roy (Scoot McNairy), farmer z Teksasu i człowiek gotów odkupić od Tabathy jej dobytek, sprawy dodatkowo się komplikują. Przyjąć jego atrakcyjną ofertę i zaznać wreszcie spokoju czy odrzucić ją i na zawsze utknąć w niepewności, ale mieć coś swojego?

W utworze, który jest mieszanką kina dokumentalnego i fikcji, Beecroft kreśli portret Dzikiego Zachodu, lecz nie tego kojarzącego się z bandytami czy rewolwerowcami zaludniającymi tak zwane pogranicze, a tego współczesnego, dotkniętego kryzysem. Już nie kowboje przemierzają to terytorium, a kobiety i mężczyźni cierpiący głód i chłód. Owszem, nadal jeździ się tu na koniach i dogląda bydła, czego znakomitym przykładem jest Porshia, lokalna mistrzyni rodeo, ale nie da się przetrwać, robiąc wyłącznie to. Kraina mlekiem i miodem płynąca, do której w XIX wieku garnęli pionierzy z Trzynastu Kolonii, nie istnieje. Teraz to miejsce przypominające cmentarzysko, na którym pochowane zostały marzenia o wielkiej Ameryce.

W takich okolicznościach rozgrywają się dramaty jednostek, a zwłaszcza głównych bohaterek dzieła Beecroft. Tabatha i Porshia – protagonistki inspirowane losami grających je nieprofesjonalnych aktorek – nie mogą się pozbierać po śmierci niejakiego Johna, męża tej pierwszej i ojczyma tej drugiej. Jego odejście przyczyniło się do tego, że panie oddaliły się od siebie. Rany wciąż są świeże i absolutnie nic nie wskazuje na to, że kiedykolwiek się zagoją. Z ich relacji nieustannie sączy się krew. Tabatha i Porshia nie umieją znaleźć wspólnego języka, za pomocą którego mogłyby się porozumieć. Tym zaś, co je łączy, jest miłość do koni.

Sęk w tym, że o ile matka doskonale radzi sobie z poskramianiem tych zwierząt, o tyle nie potrafi ich dosiąść. Nie ze względu na brak umiejętności – co to, to nie – a ze strachu. Co innego córka, która zachowuje się tak, jakby urodziła się w siodle (ujęcia przedstawiające ją podczas jazdy należą do najbardziej urokliwych momentów całego filmu, tym bardziej że chwytane są na tle zapierających dech w piersiach pejzaży Dakoty Południowej). Czy dzielona pasja wystarczy, by uchylić przynajmniej drzwi do pojednania?

W „Na wschód od Wall” Beecroft nie daje łatwych odpowiedzi. Tworzy natomiast opowieść o rodzinie, która drzemiącą w jej członkach wściekłość – wyrażaną, ot, choćby, przez wojownicze fryzury – wykorzystuje do tego, by okiełznać rzeczywistość i zawalczyć o lepszą przyszłość. Tabatha i Porshia, zahartowawszy się fizycznie, ale jeszcze nie psychicznie, czerpią energię nie tylko z otaczającej je natury, ale i z mądrości kobiet, które były tu przed nimi. To w matriarchalnej spójni tkwi siła bohaterek Beecroft, co wspaniale ilustruje scena przy ognisku, w trakcie której babcie, matki i córki dzielą się swoimi doświadczeniami. To niestety nie wystarcza, by uznać „Na wschód od Wall” za obraz w pełni satysfakcjonujący.

Recenzja filmu Na wschód od Wall (East of Wall); reż. Kate Beecroft; USA 2025; 97 minut