Słuch absolutny

O Kanadyjczyku Danielu Roherze świat usłyszał, gdy na ekrany wszedł utwór „Byli sobie bracia” (2019). Głośniej – czy wręcz bardzo głośno – zrobiło się o nim po premierze „Nawalnego” (2022), za którego koniec końców uhonorowano go zarówno Oscarem, jak i szeregiem innych nagród. Potem podpisał się jeszcze pod „W mgnieniu oka” (2024), a całkiem niedawno pod pokazywanym premierowo na festiwalu Sundance „The AI Doc: Or How I Became an Apocaloptimist” (2026). Przy tym pierwszym współpracował z Edmundem Stensonem, przy drugim zaś – z Charliem Tyrellem.

Co łączy wszystkie wymienione pozycje? To dokumenty. Nic zatem dziwnego, że część miłośników twórczości Rohera może być – i chyba zaiste jest – zaskoczona wykonaną przezeń woltą polegającą na zrealizowaniu fabuły. A przecież w transferze tego typu nie ma bynajmniej niczego nadzwyczajnego, o czym świadczą losy takich osób jak Bennett Miller, Ari Folman, Joe Berlinger czy ostatnio Joshua Oppenheimer. Tak czy siak, rezygnacja – choćby i przelotna – z kina faktu na rzecz filmu fikcji wyszła Roherowi dobrze i na dobre. Jego „Stroiciel sejfów” (2025) to najwyższej próby opowieść będąca wyśmienicie skomponowaną mieszanką gatunkową: od kryminału przez romans aż po thriller.

Mieszkający w Nowym Jorku Niki White (Leo Woodall) ma pracę wymagającą szczególnych kwalifikacji. Młody mężczyzna zajmuje się bowiem – na co wskazuje już sam tytuł dzieła, zwłaszcza oryginalny („Tuner”) – nadawaniem instrumentom odpowiedniej wysokości dźwięków. Jego specjalnością jest regulowanie fortepianów, ale biorąc pod uwagę to, iż słuch ma absolutny – co reżyser udowadnia w świetnej sekwencji w konserwatorium – nie sposób nie zakładać, że poradziłby sobie z resztą mechanizmów.

To, czego się nauczył, zawdzięcza i Harry’emu Horowitzowi (Dustin Hoffman; znany na przykład ze „Stworzonych dla siebie” Mayim Bialik z 2022 roku), swojemu pracodawcy, a zarazem przyjacielowi, w branży działającemu od długich dekad, i hiperakuzji, generującej ogromny ból nadwrażliwości na bodźce foniczne, która wprawdzie przerwała jego obiecującą karierę muzyczną, ale za to pozwoliła mu na znalezienie zawodowej niszy.

Kiedy Harry trafia do szpitala, a tam okazuje się, że nie stać go na leczenie – ot, uroki służby zdrowia w Stanach Zjednoczonych – Niki odzywa się do rzezimieszków, na których wpadł, gdy wykonywał obowiązki służbowe w domu jakichś bogaczy, a oni akurat próbowali dostać się do należącego do gospodarzy sejfu. Dlaczego akurat do nich? Ano dlatego, że zaburzenie układu nerwowego, które na co dzień doskwiera White’owi (stąd noszone przezeń bez przerwy zatyczki do uszu), sprawdza się nie tylko przy regulowaniu strun ukrytych w pudłach rezonansowych, ale i przy plądrowaniu kas pancernych wyposażonych w tradycyjny zamek szyfrowy. Właśnie za tę usługę panowie – dowodzeni przez niejakiego Uriego (Lior Raz) – oferują Nikiemu grubą forsę. Sęk w tym, że to pospolici gangsterzy, o czym młodzian, zdaje się, zapomina. Niewykluczone, iż łatwiej byłoby mu odnaleźć się w półświatku, tym bardziej że stawką jest życie Harry’ego, gdyby nie Ruthie Waymon (Havana Rose Liu z serialu „Hal & Harper” Coopera Raiffa z 2025 roku), poznana szczęśliwym trafem niezwykle utalentowana pianistka, w której niemal z miejsca się zakochuje.

Wyreżyserowany przez Rohera „Stroiciel sejfów” to wciągające kino, które nie trwa nawet dwóch godzin, a i tak oferuje widzowi plejadę zręcznie skonstruowanych bohaterów oraz wiarygodne relacje, jakie pomiędzy nimi zachodzą, a także trzymającą w napięciu akcję. Jeśli coś tu wyjątkowo nie gra, to mnogość przypadków i zbiegów okoliczności, które na pewnym etapie anegdoty wydają się nie tyle nieprawdopodobne, co zwyczajnie kuriozalne, ale zawieszając niewiarę i uznając, że świat może i istotnie jest mały, a w Nowym Jorku każdy zna każdego (łącznie z interpretowanym przez Jeana Reno maestrem Mariusem Maissnerem), da się czerpać mnóstwo przyjemności z seansu.

„Stroiciel sejfów” to coś więcej niż nieścisłości, których w scenariuszu Rohera i Roberta Ramseya, owszem, nie brakuje. Są tu momenty i rozwiązania rekompensujące wszelkie potknięcia. Wrażenie robią i sekwencja otwierająca, która towarzyszy czołówce, i unoszącą się nad całością jazzowa ilustracja muzyczna (skomponowana przez Willa Batesa i Mariusa de Vriesa, a do tego nadająca tempo pracy kamery i montażowi). Tym zaś, co zasługuje tu na największą pochwałę, jest warstwa audialna, zmyślnie zaprojektowana przez Johnniego Burna, który – doświadczywszy w przeszłości przejściowej głuchoty – naznaczył ścieżkę licznymi subiektywizacjami i brzmieniami korespondującymi z tym, co odczuwa protagonista (trochę na wzór tego, co osiągnięto w „Dźwięku metalu” Dariusa Mardera z 2019 roku).

Gdzieś w tle tego filmu o napadach kiełkuje natomiast miłość pomiędzy Nikim a Ruthie, uczucie rozwijające się niespiesznie, bez fajerwerków, a jednak z namiętnością i słodyczą. Do tego jest tu jeszcze zręcznie nakreślony wątek kumpelski obfitujący w sporo uroczych anachronizmów (wszak mowa o dwóch facetach, których dzieli pół wieku życia i doświadczeń). A jakby to nie wystarczyło, to Roher uzupełnia historię o kwestie społeczne, ekonomiczne i klasowe, co tylko potwierdza jego dokumentalne korzenie. I choć to dość przezroczysty debiut fikcjonalny – przynajmniej na poziomie wizualnym – to szalenie satysfakcjonujący.

Recenzja filmu Stroiciel sejfów (Tuner); reż. Daniel Roher; Kanada — USA 2025; 109 minut