Córeczki tatusiów
Biorąc pod uwagę fakt, iż jednym z najpopularniejszych filmów w bogatym portfolio Kristin Scott Thomas wciąż pozostają „Cztery wesela i pogrzeb” (reż. Mike Newell, 1994), nie powinno bynajmniej dziwić, że jej reżyserski debiut oscyluje wokół podobnych klimatów. Jest zatem ślub. I wprawdzie nie ma pochówku, ale – co istotne – o śmierci mówi się tu w zasadzie bez przerwy.
Angielska wieś. Taka sielska i anielska. Diana (w tej roli autorka), która w przeszłości dwukrotnie traciła ukochanych, wychodzi za mąż po raz trzeci, a jej wybrankiem jest sympatyczny i opiekuńczy Geoff (James Fleet). Uroczystość stanowi okazję, by do rodzinnego domu zjechały córki panny młodej. I tak też się dzieje.
Na przyjęcie przyjeżdża Katherine (Scarlett Johansson; twórczyni recenzowanej na Mocnych Punktach „Eleanor Wspaniałej” z 2025 roku), która dzięki dopiero co otrzymanemu awansowi ma – jako pierwsza kobieta w historii brytyjskiej floty – przejąć dowództwo nad lotniskowcem Królewskiej Marynarki Wojennej. Sęk w tym, że to zaszczytne wyróżnienie może ją odsunąć od partnerki imieniem Jack (Freida Pinto; znana między innymi z „Wtargnięcia” Adama Salky’ego z 2021 roku) oraz ich dziecka.
Do Katherine dołączają Victoria (Sienna Miller), robiąca karierę w Hollywood aktorka, która może i nie potrafi zbudować trwałej relacji z mężczyznami, ale nie przeszkadza jej to w tym, by pozwalać się adorować dużo starszym i bogatszym od niej jegomościom (w pana tego typu wciela się Thibault de Montalembert), oraz Georgina (Emily Beecham), najprawdopodobniej zdradzana przez Jeremy’ego (Joshua McGuire) pielęgniarka szpitalna korzystająca z usług prywatnego detektywa wynajętego przez Victorię.
Jeśli tak zrekonstruowana fabuła przywodzi na myśl telenowelę, to nie bez przyczyny. „My Mother’s Wedding” (2023) jest w istocie operą mydlaną, ale z bardziej rozpoznawalną obsadą (ba, Johansson należy do wąskiego grona najlepiej zarabiających gwiazd w Hollywood), efektowniejszymi kostiumami i scenografią, a także ciekawszą warstwą wizualną (za fotografię odpowiada w tym przypadku Yves Bélanger, współpracownik Clinta Eastwooda). Tyle z plusów. Reszta to same minusy.

Piętą achillesową filmu jest bez wątpienia scenariusz, który Thomas napisała wraz ze swoim mężem, a mianowicie Johnem Micklethwaitem, angielskim dziennikarzem i redaktorem naczelnym agencji Bloomberg News. Skrypt został zainspirowany wydarzeniami z życia samej reżyserki. Ona też – podobnie jak córki głównej bohaterki – doświadczyła śmierci najpierw ojca, a następnie ojczyma, pilotów służących w armii, której zwierzchniczką była w owym czasie Elżbieta II. Prywatna tragedia nie usprawiedliwia niestety opowieści tak niskich lotów.
„My Mother’s Wedding” w znacznej mierze skupia się na cieniu, jaki przeszłość rzuca na teraźniejszość. Katherine, Victoria oraz Georgina, choć wszystkie po czterdziestce, wciąż leczą rany, jakie w dzieciństwie zadała im Kostucha. Dziewczętom nadal nie udało się przepracować traumy, w związku z czym jedyną rzeczą, o jakiej gawędzą, są faceci (nie ma najmniejszego znaczenia to, że Katherine jest lesbijką, ponieważ i ona – zamiast skupić się na Jack i synu – woli rozpamiętywać zgon taty i człowieka, który wszedł potem w jego buty, co Thomas pokazuje w serii animowanych, ocierających się o tani sentymentalizm, a przez to absolutnie zbędnych retrospekcji).
Jako że protagonistki nie mają innych tematów do rozmów, a swoje losy definiują wyłącznie przez pryzmat tego, co spotkało je dekady temu, całość ogląda się niczym kino sprzed ćwierć wieku. To konstatacja na wskroś przygnębiająca, zwłaszcza że za kamerą stanęła kobieta, a przed nią – aktorki kojarzone z progresywnymi poglądami. Mało tego – wiele wskazuje na to, że córki Diany odniosły sukcesy na gruncie zawodowym, ale to nie te osiągnięcia je określają, lecz trudności wynikające z przerwanych więzi z ojcami.
Długo trzeba czekać, aż w „My Mother’s Wedding” nastąpi coś ciekawego. Problem w tym, że sekwencja, w której Diana odbrązawia swoich zmarłych mężów, o których Katherine, Victoria i Georgina mają wyjątkowo wysokie mniemanie, nie rekompensuje tego, co rozgrywa się wcześniej. Koniec końców to nietypowy film o dojrzewaniu. Chodzi wszak o dorosłe panie, które zachowują się jak małolaty, dziewczynki niezdrowo zakochane w swoich nieżyjących tatusiach. Miał być komediodramat w stylu Richarda Curtisa, scenarzysty „Czterech wesel i pogrzebu”, a jest istna tragedia.



