Odyseja piekielna

Portland w stanie Oregon, jeden z największych ośrodków na Wybrzeżu Północno-Zachodnim. Metropolia na skraju katastrofy. Zewsząd permanentnie nadciągające kryzysy. Opioidy – a zwłaszcza silnie uzależniający i śmiercionośny fentanyl – oraz bezdomność spędzają sen z powiek tym, którzy nadal tu mieszkają. Swoje zrobiła pandemia koronawirusa, a oliwy do ognia dolały zamieszki, które wykluły się z pokojowych pierwotnie demonstracji poparcia dla ruchu Black Lives Matter. W krótkim czasie, bo na przestrzeni pół zaledwie dekady, odnotowano wzrost przestępczości i spadek wpływów do budżetu miasta, związany, rzecz jasna, z masowym odpływem ludności. Mało tego, eksperyment, jakim była całkowita dekryminalizacja narkotyków, nie wypalił.

W epicentrum tego piekła na ziemi egzystuje Lynette (Vanessa Kirby; znana między innymi z „Cząstek kobiety” Kornéla Mundruczó z 2020 roku), będąca na skraju wyczerpania i zmagająca się z traumami z przeszłości trzydziestoparolatka, której celem jest odkupienie wynajmowanego i dzielonego z na wskroś egoistyczną matką Doreen (Jennifer Jason Leigh) oraz z urodzonym z zespołem Downa bratem Kennym (Zack Gottsagen) domu. By sprostać wyzwaniu, Lynette gotowa jest chwycić się brzytwy. Haruje jak wół. Z zakładu produkującego pieczywo jedzie do baru, w którym kelneruje, a gdy wciąż jest pod kreską, świadczy usługi seksualne mężczyznom. Ma za dużo do stracenia, by odpuścić. Nie chodzi wszak wyłącznie o dach nad głową. Opieka społeczna tylko czeka, żeby wyrwać Kenny’ego spod jej skrzydeł.

Jako że Lynette – podobnie skądinąd jak miliony obywateli Stanów Zjednoczonych w jej wieku – nie ma zdolności kredytowej, to chcąc sfinalizować transakcję pozwalającą na nabycie popadającej w ruinę nieruchomości po okazyjnej cenie, musi liczyć na pomoc Doreen. Tak się składa, że ta bagatelizuje zagrożenie eksmisji: nie dość, że nie stawia się na spotkaniu z notariuszem, to jeszcze inwestuje odłożoną zaliczkę w auto z salonu. Skoro nici z matczynego wsparcia, Lynette postanawia wziąć sprawy w swoje ręce.

Zegar tyka. Jeśli do wschodu słońca kobieta nie uzbiera 25 tysięcy dolarów, wszystko przepadnie. Marzenia o stabilności legną w gruzach, niczym upadające Portland, do wnętrza którego się zapuszcza. Lynette, wsiadłszy w samochód – nie w ten nowiuteńki, a swój, zdezelowany, pamiętający zapewne epokę jankeskiego dobrobytu – wyrusza we włóczęgę po mieście, docierając tam, gdzie diabeł mówi dobranoc. Przemierzając kolejne kręgi inferna, konfrontuje się z osobami, które prosi o ratunek. Scott (Randall Park; reżyser recenzowanych tu „Mankamentów” z 2023 roku), jeden z jej żonatych klientów, wyśmiewa ją, gdy pada kwota potencjalnej pożyczki. Gloria (Julia Fox), kumpela, której kiedyś wyświadczyła przysługę, zbywa ją, ale niefortunnie zostawia jej klucz do mieszkania z ukrytym w garderobie sejfem. Lynette wpada na pomysł, by go otworzyć, w związku z czym zwraca się Cody’ego (Stephan James z „Babes” Pameli Adlon z 2024 roku), chłopaka z baru, którego decyzje wpędzają ją w coraz poważniejsze tarapaty. Nim nadejdzie poranek, kobieta trafi do samego jądra ciemności.

„Zawsze przychodzi noc” (2025) to udane kino wyreżyserowane przez Benjamina Carona, niespełna pięćdziesięcioletniego autora omawianego tu „Oszustwa” (2023). To film – na wzór stanowiącej kanwę scenariusza powieści Willy’ego Vlautina z 2021 roku – łączący w sobie trzymający w napięciu thriller z komentarzem społecznym, na tle którego rozgrywa się rodzinny dramat. Caron, czerpiąc z popularnego w latach osiemdziesiątych nurtu – charakteryzującego się uczynieniem z pory dnia obejmującej to, co pomiędzy zmierzchem a świtem, równorzędnego bohatera opowieści, oraz reprezentowanego przez takie tytuły jak „Ucieczka w noc” (reż. John Landis, 1985), „Po godzinach” (reż. Martin Scorsese, 1985) czy „Cudowna mila” (reż. Steve De Jarnatt, 1988) – kreśli historię zdesperowanej heroiny, która nie cofnie się przed niczym, by zawalczyć o lepszą przyszłość zarówno dla siebie, jak i najbliższych.

Lynette, przedstawicielka ubogich Ameryków, ledwo wiążących koniec z końcem, przez bogatych i uprzywilejowanych wyzywanych od białych śmieci, bidoków i buraków, dokłada wszelkich starań, ażeby wypełnić podjętą misję. Energicznie i konsekwentnie przeciwstawiając się niesprawiedliwemu systemowi opartemu na galopującej inflacji i postępującej gentryfikacji, interpretowana przez Kirby postać przedziera się przez ulice nieprzyjaznego Portland i przekracza granice własnej moralności oraz prawa. Caron zderza ją z serią niesamowitych zdarzeń – trochę tak, jak czynił to niedawno Lawrence Lamont w filmie „Te dni” (2025) – co z kolei przyczynia się do tego, że spirala błędów i popełnianych po drodze zbrodni nakręca się wprost proporcjonalnie do rozwoju anegdoty. Rosnące w Lynette poczucie niepokoju oraz towarzysząca mu frustracja czynią z niej kobietę wyniszczoną fizycznie i emocjonalnie. Oto być może symbol kondycji społeczeństwa USA pierwszej ćwierci tego stulecia.

Recenzja filmu Zawsze przychodzi noc (Night Always Comes); reż. Benjamin Caron; USA — Wielka Brytania 2025; 110 minut