Z jednej tkaniny

Oto, jak się sprawy mają. Całość zaczyna się w momencie, gdy DJ (Miles J. Harvey), świeżo upieczony student prestiżowego – bo należącego wszak do Ligi Bluszczowej – Dartmouth College z siedzibą w Hanoverze w New Hampshire, celuje z pistoletu do swego ojczyma, zakrwawionego już Vincenta (Ed Harris; znany między innymi z „Miasteczka Owl” Hamisha Linklatera i Lily Rabe z 2023 roku). Co przyczyniło się do tego, że chłopak zdecydował się na tak radykalny krok? Na odpowiedź nie trzeba długo czekać, a udziela jej on sam.

W snutej ponad kadrem gawędzie DJ cofa się do etapu, na którym do otoczonego lasami domu wypoczynkowego – stojącego gdzieś w okolicach miasteczka Yarmouth w stanie Maine – przybywa Rocco (Lewis Pullman z „Córki Starlingów” Laurel Parmet z 2023 roku) wraz ze swą będącą w ciąży dziewczyną Mariną (Emanuela Postacchini; bodaj najjaśniejszy punkt programu). To syn Vincenta z wcześniejszego małżeństwa. Tak się składa, że i była żona – wprawdzie odurzona, ale jednak – zjawia się w posiadłości. Przebudziwszy się, Ruth (Jennifer Coolidge), bo o niej mowa, nie ma zielonego pojęcia, jak się tu znalazła (bo przecież miała się bawić na koncercie Céline Dion), ale to nie przeszkadza jej, by na oczach Sandy (Gabrielle Union), obecnej partnerki swojego eks, flirtować – i to w sposób na wskroś niewybredny – z mężczyzną, przy okazji kradnąc drogie kosmetyki należące do gospodyni. Ani temu, ani temu nie potrafi się oprzeć.

Wszystko dzieje się w okresie bożonarodzeniowym, ale nie oznacza to bynajmniej, iż nastał czas pojednania. Vincent doskonale wie, że skoro Rocco tak ni stąd, ni zowąd pojawił się na jego terenie, to znaczy, że coś się kroi. I rzeczywiście ma rację, bo wnet na jaw wychodzi, że za przyszłym tatą ruszyło w pościg dwóch facetów ze spluwami, ale za to bez skrupułów: paradujący ze strzelbą Leftie (Bill Murray z „Na lodzie” Sofii Coppoli z 2020 roku) oraz jego wasal Lonnie (Pete Davidson z „Randki w nieskończoność” Alexa Lehmanna z 2022 roku). Skoro tak, to na myśl nasuwa się kolejne pytanie: co zrobił Rocco, że jest w niebezpieczeństwie, na które naraża ponadto najbliższych? Spokojnie, i tę zagadkę rozwiąże ostatecznie DJ. Sęk w tym, że na rozstrzygnięcie nie warto czekać.

Urodzony w 1965 roku Dito Montiel, amerykański muzyk, pisarz i wreszcie reżyser, ma na koncie dziewięć tytułów, spośród których najważniejsi są, zdaje się, autobiograficzni „Wszyscy twoi święci” (2006). I choć już w tym utworze udało mu się zgromadzić całkiem niezłą obsadę, na czele z Robertem Downeyem Juniorem, to zespół występujący w jego najnowszym przedsięwzięciu, czyli filmie „Riff Raff. Zabójcza rodzina” (2024), przechodzi najśmielsze pojęcie. Trudno stwierdzić, jakim cudem Montielowi udało się zebrać przed obiektywem tak doborową załogę, ale pewne jest, iż obecność na liście płac osób pokroju Jennifer Coolidge – która skądinąd przeżywa obecnie renesans kariery – czy Eda Harrisa i Billa Murraya, nie przekłada się wcale na spełnione dzieło, zwłaszcza że wspomniane gwiazdy kreują na ekranie figury do bólu jednowymiarowe.

Mieszanka kina familijnego z konwencją gangsterską (ze wskazaniem na to drugie) nie działa już od samego początku, i to nie tylko na poziomie tonacji. Montiel zupełnie nie panuje bowiem nad zaproponowaną strukturą narracyjną. Niewykluczone, że film lepiej sprawdziłby się, gdyby zdarzenia fabularne zaprezentowano w układzie tożsamym z rozwojem anegdoty, gdyż sięgnięcie po niechronologiczną i niemal szkatułkową kompozycję nie spełnia swojej funkcji. Nie dość, że zarówno prawdziwa tożsamość Vincenta oraz centralny zwrot akcji są przewidywalne – co osłabia zasadność takiego eksperymentowania z konstrukcją – to jeszcze część retrospekcji wydaje się niepotrzebna. Film Montiela trwa zaledwie 103 minuty, lecz w trakcie seansu można odnieść wrażenie, że metraż jest znacznie dłuższy.

Gdyby chociaż podejście, z jakim reżyser przedstawia relacje interpersonalne, było oryginalne, to autorowi bez problemu dałoby się wybaczyć wtórność w wątkach ściśle kryminalnych. Tymczasem dynamika pomiędzy postaciami jest zwyczajnie nijaka, najpierw zabawna, a potem absolutnie nieśmieszna, wręcz niezdarna. Na wstępie pada tu hasło najoryginalniejsze, sugerujące, że rodzina to skomplikowana rzecz (tak zaiste jest), o której nie myśli się zanadto, gdy wszystko idzie jak po maśle. Później już tak błyskotliwie nie jest, bo napisany przez niezbyt doświadczonego Johna Pollono scenariusz opiera się na banale. Koniec końców „Riff Raff. Zabójcza rodzina” to kino o miłości i o poświęceniu się w imię tejże. To także opowieść o mężczyznach, którzy potrafią zmieniać się pod wpływem kobiet (przynajmniej na chwilę). Ale czy faktycznie trzeba aż tyle materiału, by wysunąć takie wnioski?

Recenzja filmu Riff Raff. Zabójcza rodzina (Riff Raff); reż. Dito Montiel; USA — Wielka Brytania 2024; 103 minuty