Religia jako źródło cierpień

Siedemnastoletnia Jem Starling (Eliza Scanlen) dorasta w społeczności chrześcijańskich fundamentalistów z Kentucky. Jej rodzice – Heidi (Wrenn Schmidt) i Paul (Jimmi Simpson) – jak na konserwatywnych protestantów zamieszkujących Pas Biblijny przystało, pragną wpoić jej bliźniacze zasady i wartości, zgodnie z którymi sami żyją, chcąc w ten sposób uczynić z niej wzór do naśladowania. Jem ubiera się zatem skromnie, nie pali, nie pije, nie imprezuje. Wprawdzie jej pasją jest taniec, ale wykonywany tylko ku chwale Pana. Choć matka i ojciec próbują zaaranżować jej relację z Benem (Austin Abrams; znany między innymi z filmu „Chemical Hearts” Richarda Tanne’a z 2020 roku), młodszym synem pastora Taylora (Kyle Secor), to należącej do przykościelnego zespołu dziewczynie w oko wpada starszy potomek kaznodziei, a mianowicie żonaty i zbliżający się do trzydziestki Owen (Lewis Pullman), który dopiero co wrócił z misji odbywanej w Portoryko. Jem zbliża się doń na tyle, by stracić z nim dziewictwo. Nastolatka spotyka się z mężczyzną w tajemnicy przed wszystkimi, zapominając przy tym o całym bożym świecie, a zarazem tocząc wewnętrzną walkę pomiędzy pragnieniami, jakie odczuwa, a nakazami i zakazami narzucanymi przez religię.

Debiutująca w pełnym metrażu Laurel Parmet, przygotowując się do realizacji „Córki Starlingów” (2023), spędziła mnóstwo czasu na rozmowach z wyznawczyniami chrześcijańskiego fundamentalizmu z Oklahomy, które postrzegały siebie jako grzesznice. Ich niska samoocena wynikała z faktu, że członkowie wspólnoty zaszczepili w nich przekonanie, jakoby dały się uwieść szatanowi oraz wstąpiły na ścieżkę zepsucia i sekularyzacji, których przejawem był naganny stosunek do kobiecości i wiążącej się z nią cielesności. Wszak w teologii sprzeciwiającej się aborcji, związkom jednopłciowym i rozwodom, a w najbardziej skrajnych przypadkach takim praktykom jak hazard czy słuchanie muzyki innej niż sakralna, aktywność seksualna ma służyć prokreacji, a nie zaspokajaniu erotycznej żądzy.

W obrębie norm dyktowanych przez chrześcijański fundamentalizm dojrzewa Jem. Już w pierwszej sekwencji bohaterka mierzy się z sytuacją trudną. Oto po występie pląsającej na cześć Jezusa trupy Starlingównie zostaje wytknięte to, że ma na sobie prześwitującą bluzkę, spod której widać jej stanik. Reprymenda generuje wstyd tak ogromny, że dziewczę opuszcza świątynię zapłakana. To bynajmniej nieostatni taki moment w filmie Parmet. Tak się bowiem składa, że w dalszej części projekcji Jem słyszy od Misty (Jessamine Burgum), na wskroś pruderyjnej żony Owena, iż przygotowany przez nią układ choreograficzny jest zbyt próżny i zmysłowy, a przez to nijak nie przypomina modlitwy mającej wysławiać Stwórcę. W tym przypadku bogatsza o nowe doświadczenia Jem nie chowa głowy w piasek, lecz w akcie buntu niszczy karoserię samochodu będącego własnością kobiety, która śmiała ją skarcić.

Jem się zmienia, co nie oznacza wcale, że jej wiara maleje. Słabnie natomiast więź łącząca ją z siostrami i braćmi z kościoła, którzy zakorzenili w niej przeświadczenie, że każdy występek przeciwko nim i Chrystusowi oddala ją od zbawienia (wprost zatrważające są tu sceny publicznych ekspiacji rodem ze średniowiecza). Protagonistka zaczyna kwestionować to, co ją otacza. Nie tyle samego Boga, co ortodoksyjne i obłudne postępowanie innych ludzi, zwłaszcza swoich rodziców, którzy z jednej strony upatrują w seksie zdrożności i nieczystości, a z drugiej – niemal na siłę starają się zeswatać latorośl z Benem, wpychając ją w tradycyjne ramy damsko-męskich koneksji.

By rozwiązać konflikt targający Jem, do akcji wkracza Owen, który wykorzystuje wrażliwość, naiwność i kiełkującą popędliwość dziewczyny. Niczym rasowy drapieżnik – co prawda raz po raz chowający szpony, ale świadomy tego, że dla własnej wygody przekracza granicę – mężczyzna zaskarbia sobie zaufanie bohaterki i pozwala jej na bycie sobą. Tak się przynajmniej może wydawać. W gruncie rzeczy Owen, wodząc na pokuszenie Jem, zagłusza odczuwane przezeń na co dzień frustracje wynikające z problemów matrymonialnych. Żaden z niego rycerz na białym koniu spieszący damie w potrzasku na ratunek, a wyrachowany gracz, który przywołuje tak ważnego dla swej ofiary Boga, by usprawiedliwić swe niecne poczynania i udobruchać pannicę. Równocześnie wpędza nastolatkę w jeszcze większe poczucie winy – skoro wyzwalała je masturbacja pod prysznicem, to tym bardziej stan ten generuje romans z zajętym facetem.

Parmet, kreśląc świat, który istnieje i funkcjonuje z dala od świeckich realiów (tęsknotą za nimi pała Paul, niegdyś obiecujący muzyk, teraz zgorzknialec szukający pocieszenia w alkoholu), ale za to w oparciu o przykazania i nieustanne napominanie, iż grzech czai się tuż za rogiem, opowiada uniwersalną historię o namiętnościach rozpalających się niejako w cieniu krzyża. Religia – a w jeszcze większym stopniu towarzysząca jej pryncypialność – staje się tu źródłem cierpień, przeszkodą na drodze do wolności jednostki. W „Córce Starlingów” reżyserka zastanawia się nad zagadnieniami, które dotykają milionów osób na całym świecie, na czele z pytaniem o to, czy cielesność musi być powodem do wstydu. W społeczności, która Pismo Święte czyta dosłownie, cytując odpowiednie wersety, kiedy tylko jej wygodnie, a role płciowe są w niej z góry narzucone, z pewnością tak, ale – jak przekonuje bohaterka filmu – represje zawsze prowadzą do buntu i próby oswobodzenia się z kajdan fundamentalizmu.

Recenzja filmu Córka Starlingów (The Starling Girl); reż. Laurel Parmet; USA 2023; 117 minut