Nowojorska opowieść, rozdział czwarty

SoHo – jedna z dzielnic Manhattanu. Może i niewielka, bo obejmująca zaledwie kilka przecznic, ale za to szalenie unikatowa, głównie ze względu na zabytkową architekturę charakteryzującą się żeliwnymi fasadami kamienic. Pierwotnie rejon przemysłowy, pełen fabryk i magazynów, który od lat siedemdziesiątych XX wieku – kiedy to przestronne wnętrza zaczęli kupować artyści, przekształcając je w wystawne lofty – uległ zakrojonej na szeroką skalę gentryfikacji. Obecnie jest to obszar słynący z mieszkań należących do najdroższych w Nowym Jorku, otoczonych nie tylko przez butiki znanych i luksusowych marek oraz liczne galerie sztuki i muzea, ale także przez drogie piekarnie i delikatesy, w których zaopatrzyć się można w tak zwane prawdziwe jedzenie, co nie jest znowuż takie oczywiste w Stanach Zjednoczonych.

To właśnie tu, w ekskluzywnym apartamencie przy Wooster Street numer 81, mieszka bohaterka filmu „Na lodzie” (2020) w reżyserii Sofii Coppoli. Laura (Rashida Jones) jest pisarką zmagającą się z nową książką; książką, którą zdążyła sprzedać, nie mając gotowego jeszcze ani jednego zdania. Procesu twórczego nie ułatwia ani wychowywanie dwóch kilkuletnich oraz absorbujących sporo czasu i energii córek, ani tym bardziej zaprzątające jej głowę podejrzenie, jakoby zdradzał ją mąż. Dean (Marlon Wayans) jest pracoholikiem, który właśnie rozkręcił interes życia, w związku z czym w domu bywa rzadko. Nie mogąc poradzić sobie z sytuacją, kobieta zwraca się z prośbą o pomoc do swojego ojca. Niby nie wprost, ale na tyle wyraźnie, by ten zrozumiał sygnał i zjawił się ze wsparciem.

Nie ma przypadku w tym, że bohaterka dzwoni akurat do Felixa (Bill Murray). Mężczyzna jest nie tylko bogatym i powszechnie szanowanym marszandem rozpoznawanym w całym Nowym Jorku, ale i popularnym – flirtującym wszak z każdą napotkaną kobietą – bawidamkiem, który przed laty zostawił jej matkę dla innej. Laura, chcąc zrozumieć postępowanie swojego męża, konsultuje się więc z człowiekiem, który niejedno ma na sumieniu.

Felix jest osobą ze staroświeckim, wręcz mizoginistycznym poglądem na temat związków damsko-męskich. Jego zdaniem, dla przykładu, noszona na ręce bransoletka ma przypominać, że kobieta była niegdyś własnością mężczyzny. Nie wierzy w monogamię, swoją teorię opierając na zachowaniu prehistorycznych samców, instynktownie dążących do utrzymania gatunku. Jest ponadto snobem, dla którego jakość stanowi najwyższą wartość (owszem, nie aprobuje tego, że Dean mógłby zdradzać Laurę, ale jednocześnie docenia jego gust, gdy odkrywa, że prezenty dla potencjalnej kochanki kupuje u Cartiera). Życie i cała reszta, zdawać by się mogło, nie sprawiają mu żadnego trudu. Na drinka wpada do Carlyle, gdzie może przy okazji posłuchać jazzu z najwyżej półki. W słynnym klubie 21 bez problemu dostaje stolik, przy którym Humphrey Bogart oświadczył się Lauren Bacall. Potrafi wywinąć się od mandatu za przekroczenie prędkości i przejazd na czerwonym świetle. Na pierwszy rzut oka nie da się go nie lubić, a spora w tym zasługa szarmanckiego Murraya, z Coppolą współpracującego między innymi przy pamiętnym obrazie „Między słowami” (2003).

Rzecz w tym, że to jednocześnie uprzywilejowany mężczyzna, który rzuca cień na kobiety, także na córkę. I choć kocha ją na swój przedziwny, nieco zaborczy sposób (w prologu zwraca się do niej następująco: „Pamiętaj, nie oddawaj serca żadnemu chłopcu. Jesteś moja aż do ślubu, a potem wciąż jesteś moja”), niewiele o niej wie. Zna nazwisko każdego kelnera w najlepszych restauracjach świata, ale nie ma pojęcia, co tak naprawdę doskwiera jego dziecku. Angażując Laurę w iście szpiegowską przygodę, podczas której śledzą Deana (nie tylko na ulicach Nowego Jorku, ale i w meksykańskim kurorcie!), stara się do niej pokrętnie zbliżyć, choć równie dobrze mógłby jej po prostu powiedzieć, co czuje, a następnie poprosić, by i ona otworzyła się przed nim. Nic podobnego się nie dzieje. Ten poczciwy gawędziarz woli zignorować sedno problemu, a więc to wszystko, co wydarzyło się w przeszłości i ukształtowało życie Laury, nie dostrzegając tego, że to właśnie w jego ramionach, pomimo wyrządzonych krzywd i zadanych przezeń ran, kobieta szuka schronienia. Desperacki gest bohaterki pada na mało podatny grunt. Dużo słów, w których niewiele jest treści, oraz pozorna bliskość – oto, co dostaje w zamian.

„Na lodzie” to monotonny film o depresji i nieprzepracowanej relacji między ojcem a córką. Słychać w nim echa „Nowojorskich opowieści” (1989), nowelowego utworu zrealizowanego przez Woody’ego Allena, Martina Scorsese oraz – co najistotniejsze – Francisa Forda Coppolę. Dziewczynka z jego segmentu, do którego scenariusz współtworzyła zresztą Sofia, może i dorosła, ale nigdy nie udało jej się pogodzić rodziców, a teraz dodatkowo drży z obawy o własne małżeństwo (określenie z oryginalnego tytułu – on the rocks – odnosi się nie tylko drinka podawanego z kostkami lodu, ale również do relacji przeżywającej trudności i zbliżającej się do nieuchronnego końca).

Być może ta historia byłaby bardziej angażująca i dosadniejsza, gdyby nie to, że Laura nie dość, że pochodzi z rodziny, która od lat opływa w luksusy, to jeszcze mieszka w 300-metrowym apartamencie kosztującym około cztery miliony dolarów, a zachowuje się tak, jakby należała co najwyżej do klasy średniej. Nowy Jork Felixa już nie istnieje, to tylko nostalgiczne wspomnienie, ale dużo bardziej wyabstrahowane w tej sytuacji są problemy głównej bohaterki: kłopoty ze znalezieniem opiekunki na jeden wieczór, zastanawianie się nad terminami zapisów do przedszkola czy próba wygospodarowania czasu na odebranie dziecka ze szkoły. Należało po prostu wyjechać z kamerą z SoHo, może niekoniecznie od razu na Bronx, ale do jakiejś mniej ekskluzywnej części Wielkiego Jabłka, by widz mógł poczuć ciężar gatunkowy dylematów młodej matki i pisarki.

Recenzja filmu Na lodzie (On the Rocks); reż. Sofia Coppola; USA 2020; 96 minut