Obserwator
Jeśli Jeffreyowi Manchesterowi (Channing Tatum), trzydziestoparoletniemu rozwodnikowi i weteranowi amerykańskich sił zbrojnych, na czymś zależy, to na szczęściu swoich dzieci, a już zwłaszcza córki imieniem Becky (Alissa Marie Pearson). Jak je zapewnić, skoro nie dość, że była żona (Melonie Diaz) ogranicza mu kontakt z potomstwem, to jeszcze ojczyzna, dla której narażał zdrowie i życie, ma go w nosie? Iść do porządnej pracy? Łatwo powiedzieć.
Manchester, zachęcony przez Steve’a (LaKeith Stanfield), dawnego kumpla z armii, który zresztą do najuczciwszych ludzi w Stanach Zjednoczonych nie należy, postanawia zrobić użytek z wrodzonego talentu i zacząć dzięki niemu zarabiać. Mowa o długo szlifowanych w wojsku zdolnościach obserwacyjnych, które teraz przydają mu się do tego, by okradać rozsiane po Karolinie Północnej lokale sieci McDonald’s. Jak? Wślizgując się do nich poprzez wybitą uprzednio dziurę w dachu.
O jego występkach – ale także o nienagannych manierach (zamykając kierownika jednej z restauracji w chłodni, upewnia się, czy ten ma kurtkę, a gdy menadżer oznajmia mu, że nie wziął z domu, Jeffrey oddaje mu swoją) – wnet dowiadują się mieszkańcy USA. Pech sprawia, że Manchester wpada, a za popełnione czyny ląduje w więzieniu. Wyrok? Prawie pół wieku za kratkami.
Jeffrey nie ma tyle czasu. Wszak zanim się obejrzy, jego córka – na razie wpatrzona weń jak w obrazek – dorośnie i nie będzie chciała mieć z nim nic wspólnego. Mężczyzna, nie marnując kolejnych dni czy tygodni, ucieka z zakładu karnego, po czym na kilka miesięcy dekuje się w sklepie Toys“R”Us, z którego zasobów czerpie – i to niezauważony – pełnymi garściami. Cel? Spotkanie z Becky.

To, że ta historia, która skądinąd wydarzyła się naprawdę – Jeffrey Manchester wszedł na ścieżkę przestępczą na przełomie XX i XXI wieku, a w popularnym markecie z zabawkami ukrywał się w 2004 roku – zostanie zekranizowana, i to w iście hollywoodzkim stylu, było oczywiste. Mniej oczywiste było natomiast to, że wyreżyseruje ją Derek Cianfrance, czyli autor kameralnych i naładowanych skrajnymi emocjami filmów takich jak „Blue Valentine” (2010), „Drugie oblicze” (2012) czy „Światło między oceanami” (2016), a także scenarzysta recenzowanego tu „Dźwięku metalu” (reż. Darius Marder, 2019). Paradoks? Niekoniecznie.
Napisany wespół z Kirtem Gunnem „Urodzony rabuś” (2025) to w końcu opowieść o mężczyźnie wewnętrznie skonfliktowanym, funkcjonującym poza granicami prawa, ale zarazem działającym z pobudek czysto altruistycznych (nie chodzi wyłącznie o chęć zabezpieczenia przyszłości rodziny, ale i o pomoc okazywaną przez Jeffreya napotkanym po drodze ludziom, trochę tak, jakby był współczesnym Robin Hoodem). Po trwającej niemal dekadę przerwie, w trakcie której zrealizował miniserial „To wiem na pewno” (2020), Cianfrance wraca do kina pełnospektaklowego, by ponownie przyjrzeć się złożoności kreślonej przez siebie postaci i dokonywanych przez nią wyborów, lecz nie na serio, a balansując pomiędzy żartem a powagą.
Nie da się ukryć, że Cianfrance i Gunn stają po stronie swojego bohatera, pokazując go nie tylko jako kryminalistę, ale i człowieka zdolnego do miłości, zarówno do dzieci, jak i do poznanej już po nawianiu z jednostki penitencjarnej Leigh Wainscott (Kirsten Dunst), matki samotnie wychowującej Lindsay (Lily Collias; znana z „Dobrej córki” Indii Donaldson z 2024 roku) i Dee (Kennedy Moyer). Sęk w tym, że w scenach ujawniających modus operandi Jeffreya twórcy skłaniają się ku romantyzowaniu protagonisty i charakteryzowaniu go jako nieszkodliwego zbrodniarza o gołębim sercu oraz geniusza, któremu przyświecają szlachetne intencje. Skąd w takim razie tak wysoka kara nałożona mu przez sąd? I czy rzeczywiście to, co dzieje się w finale utworu – na czele z tym, jak Manchester traktuje dyrektora Toys“R”Us, czyli Mitcha (Peter Dinklage z „Amerykańskiego marzyciela” Paula Dektora z 2022 roku) – jest takie niewinne?
To zdecydowanie najsłabsze punkty „Urodzonego rabusia”. Zadośćuczynienie przychodzi na szczęście z nawiązką. Abstrahując bowiem od moralnej oceny i samego Jeffreya, i jego ekranowego portretu, nie sposób nie docenić tego, z jaką zgrabnością Cianfrance go prowadzi, a Tatum interpretuje. Aktor doskonale odnajduje się tak w fizycznej komedii – chwilami wręcz slapstickowej – jak i w sekwencjach o wyraźnym ciężarze dramatycznym. Nad jego Manchesterem nieustannie wisi świadomość, że kiedyś sielanka się skończy, a sklep z zabawkami trzeba będzie opuścić. Jak na kino spod znaku lekkiego i przyjemnego, sporo jest w tej historii zakorzenionej tragedii, może nie tyle antycznej, co ludzkiej. Z „Urodzonego rabusia” wylewa się mnóstwo uroku i dobrej woli – tę mają i twórcy, i ich bohater (on przecież nie chce nikogo skrzywdzić) – ale nie jest to szczyt możliwości Cianfrance’a, a Jeffrey kilka osób jednak rozczarowuje.



