Amerykanki w Paryżu

Osiemnastoletnia Kate Sanders (Diana Silvers; znana między innymi z błyskotliwego występu w „Szkole melanżu” Olivii Wilde z 2019 roku), pochodząca z Wirginii ambitna baletnica, przyjeżdża do stolicy Francji na stypendium. Tańczy zaledwie od pięciu lat, w przeciwieństwie do pozostałych dziewcząt, które robią to niemal od urodzenia. Wcześniej grała w koszykówkę – stąd jej nieodpowiednia prezencja. Tak czy siak, w ostatnim czasie triumfowała w każdym konkursie w Ameryce. Tu też jest po to, by wygrać. A jest o co walczyć: nagroda to możliwość dołączenia do kompanii Opery Paryskiej. Szansa na zostanie primabaleriną. „Coś, co uczyniło cię gwiazdą w USA, tu niewiele znaczy” – słyszy od kogoś, ale bynajmniej jej te słowa nie zrażają. Ma zbyt wiele do stracenia, żeby się poddawać. Powrót do domu nie wchodzi zresztą w rachubę, nawet jeśli czeka tam na nią wspierający ojciec, który zaharowywał się na kilku etatach, byle tylko córeńka mogła spełniać swe marzenia o wielkości.

Jak to zwykle bywa, nowa uczennica w szkole nie ma łatwo, zwłaszcza jeśli gdzieś za rogiem czai się gotowa podłożyć nogę rasowa buntowniczka (bo popalająca papierosy oraz mająca tatuaż na plecach i kolczyk w nosie; cóż więcej mogłoby zatem świadczyć o jej nonkonformizmie?). Marine Durand (Kristine Frøseth; twarz serialu „Szukając Alaski” z 2019 roku), bo o niej mowa, jeszcze niedawno była na szczycie. Z piedestału strąciło ją samo życie, a raczej śmierć. Ollie – jej brat bliźniak, najlepszy przyjaciel, powiernik sekretów, część duszy, a przy okazji również partner w tańcu, chłopak aspirujący niegdyś do miana najzdolniejszego solisty swego pokolenia – popełnił samobójstwo, skacząc z mostu. Dziewczyna trafiła na terapię, która chyba musiała się udać, skoro wraca na zajęcia. W końcu – jak przekonywał Friedrich Nietzsche – co człowieka nie zabije, uczyni go silniejszym („Błogosławiona ta, która upada. Błogosławiona ta, która powstaje ponownie” – mówi w pewnym momencie młoda rebeliantka). Kontynuacja edukacji nie byłaby pewnie możliwa, gdyby nie uporczywie zabiegająca o powrót latorośli do szkoły pani Celine Durand (Caroline Goodall), matka Marine, dama piastująca funkcję ambasador Stanów Zjednoczonych we Francji, a przy okazji główna mecenaska szkoły i sponsorka grantu przyznanego Kate.

„Gdybyśmy wiedzieli, że stypendium imienia twojego brata dostanie dziewczyna, która de facto jest twoją konkurentką, nigdy nie wysłalibyśmy czeku” – mówi kobieta, patrząc z pogardą na swe jedyne już teraz dziecko. I choć pierwotnie Marine i Kate skoczyły sobie do gardeł, wnet stały się – naprawdę szybko! – najbliższymi przyjaciółkami. „Rajskie ptaki” (reż. Sarah Adina Smith, 2021) to na pierwszy rzut oka film o balecie, co stawia go obok takich choćby tytułów jak „Tańcz, dziewczyno, tańcz” (reż. Dorothy Arzner, 1940), „Czerwone trzewiki” (reż. Michael Powell, Emeric Pressburger, 1948), „Punkt zwrotny” (reż. Herbert Ross, 1977), „Billy Elliot” (reż. Stephen Daldry, 2000) czy „Czarny łabędź” (reż. Darren Aronofsky, 2010), ale w gruncie rzeczy to nie taniec stoi w centrum zainteresowań reżyserki.

Diana Silvers i Kristine Frøseth w filmie "Rajskie ptaki" (reż. Sarah Adina Smith, 2021)

Owszem, pojawiają się tu sceny czy ujęcia w ramach tychże (wraz z nieodłącznym spojrzeniem kamery na zakrwawione buty), wprost sugerujące, jakoby ta dziedzina sztuki – wbrew tytułowi (odnoszącym się zresztą również do oniryzmu) – była istnym piekłem na ziemi, wymagającym od uprawiających ją często trudnej wręcz do osiągnięcia doskonałości, okupionej bólem i wyrzeczeniami, ale twórczyni celuje w zgoła odmienne rejestry. Znowu: raz na jakiś czas bohaterowie napomkną coś o tym, że „taniec to rytuał uwodzenia” albo o tym, że „balet to precyzja i perfekcja, przy pomocy których wyraża się emocje”. Jeden powie, że to „seks, krew i pieniądze”, a drugi rzuci hasło o tym, że nie ma tu testów antydopingowych, więc wszystkie chwyty – łącznie z narkotykowymi stymulantami – są dozwolone. Gdzieś zostaną przekroczone granice. Ktoś nadużyje swej pozycji. Mężczyzna dotknie kobietę nie tak, jak powinien. Wszystko to schodzi na dalszy plan, podobnie zresztą jak delikatnie zasygnalizowany problem tancerek, jakim jest zaburzenie odżywiania.

Sarah Adina Smith opowiada bowiem historię przyjaźni pomiędzy młodymi dziewczętami: przyjaźni toksycznej, opartej na erotycznym pożądaniu, zaborczej i na wyłączność. Marine i Kate, pod wpływem tej pierwszej, zawierają pakt, zgodnie z którym albo wspólnie wygrają rywalizację, albo żadna z nich nie dostanie się do Opery Paryskiej. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Kate poświęciła wszystko, by zajść tak daleko. Pewnie jeszcze więcej poświęcił jej ojciec, do którego dzwoni prawie co wieczór. Marine chce za wszelką cenę wypełnić pustkę po zmarłym bracie, którą zionie jej serce. To ona czyni sztywną Kate lekką i pełną wdzięku (ona lub brane przez Wirginię, jak nazywa ją dyrektorka, pigułki). Złożona przysięga wcale nie kończy batalii. Pojedynek wciąż trwa. I, co znamienne, wcale nie jest to bój, który można wygrać, tańcząc. Baletu jest tu jak na lekarstwo. W tle tej wojenki, opartej rzekomo na przyjaźni, są romantyczne komplikacje, zdrady, brak zaufania. Marine chce Kate na własność. Cierpi na chorą wizję miłości, jak sugeruje jej matka.

Na „Rajskie ptaki” patrzy się dobrze, bo wyglądają w porządku, trochę jak wideoklip Coldplay. Sekwencje halucynacji skąpane są w ciemności, w neonowych barwach, zaś z tańczących dziewczyn skapuje brokat. Jest to piękne i wizualnie intrygujące, ale zarazem puste. Serce nie bije szybciej, a wszak to poniekąd surrealistyczna psychodrama. Tematów jest jednak zdecydowanie za dużo, a ponieważ większość z nich zostaje ledwo liźnięta, dwugodzinny metraż nie wystarczy, żeby zanurzyć się w przygotowanej przez Smith choreografii. Może i całość sprawdziłaby się lepiej jako serial, ale przecież całkiem niedawno na małych ekranach zadebiutowały „Tiny Pretty Things” (2020), wzbogacone dodatkowo o tajemniczy wątek kryminalny. On też udał się marnie. Co generacja, to inny film baletowy. Dzisiejsze pokolenie młodych ludzi, do których docelowo skierowany jest ten obraz, dostaje kino nie najwyższych lotów.

Recenzja filmu Rajskie ptaki (Birds of Paradise); reż. Sarah Adina Smith; USA 2021; 113 minut