Ostatnia wspólna podróż
Pobudka skoro świt. „Udawajcie, że dom się pali, a my musimy uciekać” – mówi ojciec (John Magaro; znany między innymi z „Wystawy” Kelly Reichardt z 2022 roku) do swych dzieci: dziewięcioletniej Elli (Molly Belle Wright) i sześcioletniego Charliego (Wyatt Solis). Następnie wsadza je wraz z psem rasy golden retriever do wysłużonego samochodu – wysłużonego na tyle, że zanim silnik zaskoczy, trzeba go najpierw popchnąć – i rusza przed siebie. Trudno stwierdzić, czy wie, dokąd ma jechać. Pewne jest natomiast to, że na tym etapie podróży nikt nie panikuje, i to pomimo faktu, że sytuacja do normalnych nie należy, a w lusterku wstecznym wciąż widać kobietę wykonującą orzeczenie o eksmisji.
To, że dzieje się coś wyjątkowego, Ella – która bierze ze sobą wyłącznie zdjęcie zmarłej w wyniku choroby matki i kilka książek – uświadamia sobie dość szybko, ale nie od razu przechodzi do zadawania pytań, zwłaszcza że po drodze ojciec stara się zapewnić pociechom co nieco rozrywki. Kupiwszy dziewczynce i chłopcu latawiec (na dwa go nie stać), pozwala im puszczać go na solnisku w północnozachodniej części Utah. Skoro zaś są na tym konkretnym obszarze USA, a przemieszczają się autem z rejestracją z Nevady, oczywiste staje się, że zmierzają na wschód. Wkrótce na jaw wychodzi, że kierują się do Nebraski. Dlaczego właśnie tam? Czyżby czekało tam na nich lepsze życie?
Gdy na stacji benzynowej Ella dowiaduje się o zoo w Omasze, namawia staruszka, by udali się właśnie tam. Czy to jakkolwiek komplikuje jego plany? Nie sposób jednoznacznie stwierdzić, ale tatko ulega sugestii i zabiera dziatwę do zaproponowanego przez córkę miasta. By dotrzeć do tego miejsca, leżącego tuż przy granicy z Iowa, musi pokonać długi na 690 kilometrów stan, a to oznacza tyle mniej więcej, że na tym dystansie bije się z myślami. Wszak mógł rozstać się z Ellą i Charliem – a właśnie to w rezultacie robi – kilka godzin wcześniej, tuż po wjeździe do Nebraski.

„Omaha” (2025), pełnospektaklowy debiut Cole’a Webleya – wcześniej realizatora kilku krótkich metraży i setek wielokrotnie nagradzanych reklam – to kino, w którym reżyser mierzy się z przyczynami i skutkami prawa wprowadzonego w tej części Ameryki w 2008 roku. Mowa o rozwiązaniu, które pozwoliło rodzicom na anonimowe, bezkarne i bezpieczne porzucenie potomstwa. Sęk w tym, że władze nie ustaliły górnej granicy wieku, w związku z czym oddawano nie tylko noworodki, ale i starsze dzieci, także te nastoletnie. Ostatecznie, nim dokonano nowelizacji tego przepisu, do Nebraski zjeżdżali się ludzie zewsząd, którzy nie mogli poradzić sobie z brzemieniem odpowiedzialności za swoje latorośle. W sumie na państwo scedowano opiekę nad trzydziestoma pięcioma osobami (jak informuje plansza zamykająca film, „żadne z nich nie było niemowlęciem”).
Webley, opierając się na scenariuszu Roberta Machoiana, twórcy „Zabójstwa dwojga kochanków” (2020) i „Sumienia Josepha Chambersa” (2022), przygląda się temu, co skłania głównego bohatera „Omahy” do przedsięwzięcia aż tak drastycznych kroków. W tym przypadku jest to nieprzepracowana żałoba po śmierci żony oraz utrata etatu w branży budowlanej, która – jak zresztą wiele innych gałęzi w USA – ucierpiała na skutek ówczesnego, szalenie dotkliwego kryzysu gospodarczego. Autor nie usprawiedliwia działań protagonisty (a może antagonisty?), ale empatyzuje i stara się go zrozumieć, podobnie skądinąd jak wcielający się w tę postać John Magaro, który pozostaje jednym z najbardziej niedocenionych aktorów XXI wieku.
Opowiedziana w znacznej mierze z perspektywy dzieci historia przybliża widzowi człowieka, którego łatwo potępić, a znacznie trudniej przeniknąć. Webley pokazuje zmagania ojca dyskretnie, swoją uwagę skupiając na Elli i Charliem. Mężczyzna – ledwo wiążący koniec z końcem, zarówno na poziomie ekonomicznym, jak i emocjonalnym – pojawia się tu niejako na marginesie. Webley nie umieszcza go w świetle reflektorów, gdy rezygnuje z obiadu, by dziewczynka i chłopiec mogli zjeść w miarę pożywny posiłek, lub wtedy, gdy płacze w samotności nad losem rodziny.
Odbywająca się na tle zapierających dech w piersiach amerykańskich krajobrazów podróż, zdjęta przez operatora Paula Meyersa i okraszona subtelną ilustracją muzyczną Christophera Beara, zwiastuje dość typowe kino drogi, ale dramat z udziałem trójki bohaterów, jaki rozgrywa się w finale, przekształca całość w smutną wizję familii nawet nie tyle na krawędzi, co spadającą w przepaść. Pobrzmiewają tu echa „Aftersun” (reż. Charlotte Wells, 2022) – nawet Molly Belle Wright jest niemal tak genialna jak Frankie Corio – ale im bliżej rozwiązania, tym Webley i Machoian coraz bardziej się spieszą. To zaś sprawia, że ostatni akt jest wręcz poprowadzony naprędce. Jak na film, w którym akcja rozwija się powoli, to schyłkowe akordy wybrzmiewają zbyt błyskawicznie, trochę nie dając widzowi szans na oswojenie się z tym, co ogląda. Szkoda – ta tragedia zasługuje na w większym stopniu dopracowane zakończenie.



