Dżentelmeńska umowa

Przygotowując sztukę „Design for Living”, Brytyjczyk Noël Coward zdawał sobie sprawę z tego, że z uwagi na zaostrzoną cenzurę teatralną nie pokaże jej w ojczyźnie, dlatego premierę od razu zaplanował w Stanach Zjednoczonych. Rozsądnie. Opowieść o trójkącie miłosnym z wątkami biseksualnymi była ryzykowna pod każdą szerokością geograficzną, lecz gdy w 1933 roku wystawiono ją na Broadwayu (na West End trafiła siedem lat później, na kilka miesięcy przed wybuchem wojny), z miejsca okazała się hitem komercyjnym i krytycznym.

Tematem – dla przypomnienia: trójkątem miłosnym z wątkami biseksualnymi – wnet zainteresował się nie kto inny jak Ernst Lubitsch. Ten pochodzący z Niemiec reżyser, od niemal dekady pracujący w Hollywood, zdążył wsławić się historiami przełamującymi tabu, skupionymi na doznaniach cielesnych i trywializującymi – przynajmniej na tym etapie kariery – znaczenie miłości.

Lubitsch nie byłby sobą, gdyby nie przekształcił trzyaktówki na własną modłę (to samo zrobił, realizując „Złote sidła” z 1932 roku). Adaptację tekstu zlecił Samsonowi Raphaelsonowi, swemu nadwornemu scenarzyście, ale ten nie był zainteresowany majstrowaniem przy Cowardzie. Kolejnym wyborem Lubitscha był Ben Hecht, który w owym czasie miał na koncie skrypt do „Człowieka z blizną” (reż. Howard Hawks, 1932). On podjął się zadania, inkasując 50 tysięcy dolarów (tyle samo Paramount zapłacił Cowardowi za prawa do ekranizacji). Sęk w tym, że w wersji Hechta niewiele ostało się z oryginału.

Lubitsch, dla którego dzieło Cowarda było zbyt wysublimowane – a skoro dla niego, to i dla jankeskiej publiczności – przyjął scenariusz z radością. Byłby jeszcze szczęśliwszy, gdyby udało mu się obsadzić Ronalda Colmana i Lesliego Howarda. Jako że pomysł nie wypalił, Lubitsch dokooptował do Miriam Hopkins – której angaż nie podlegał dyskusji – zakontraktowanych przez wytwórnię Fredrica Marcha i Gary’ego Coopera, a następnie wziął się za kręcenie „Sztuki życia” (1933).

Dramaturg Tom Chambers (March) i malarz George Curtis (Cooper), niespełnieni artyści z USA, podróżują po Francji. W pociągu poznają Gildę Farrell (Hopkins), rysowniczkę specjalizującą się w reklamie, też Amerykankę. Panowie zakochują się w niej, ale nie chcąc narażać na szwank swojego kumplostwa – zwłaszcza że są współlokatorami – postanawiają odpuścić sobie umizgi. Problem w tym, że żaden z nich nie potrafi o niej zapomnieć. Jakby tego było mało, Gilda orientuje się, że i ona darzy mężczyzn uczuciem. Nie mogąc się zdecydować, z którym z nich się związać, Farrellówna oferuje im przyjaźń oraz bycie muzą i krytyczką ich twórczości. Obowiązuje jedna zasada: żadnego seksu!

Nowy układ działa, przynajmniej przez jakiś czas. Tak się bowiem składa, że Tom i George, osiągnąwszy sukcesy, o jakich zawsze marzyli, zaczynają rywalizować o względy Gildy, która ostatecznie z oboma wdaje się w romanse. Kiedy zaś sytuacja komplikuje się aż zanadto, panna Farrell decyduje się wyjść z impasu poprzez poślubienie swojego szefa, czyli Maxa Plunketta (Edward Everett Horton). Małżeństwo nie należy do udanych (niewykluczone skądinąd, że Max jest gejem), dlatego w chwili, gdy dawni kompani Gildy ponownie pojawiają się na horyzoncie, ona żąda rozwodu i wraca z nimi do Paryża, by wieść żywot „artystycznej bohemy”. Bez żadnego seksu oczywiście…

Zrezygnowawszy z 99 procent dialogów zaproponowanych przez Cowarda (Hecht z dumą obwieszczał, że zachował wyłącznie kwestię poświęconą wątrobom i nieśmiertelnym duszom), Lubitsch musiał dać widowni coś w zamian. Postanowił więc skupić się na warstwie wizualnej. Tam, gdzie coś pozostaje niewypowiedziane, jest pokazywane, o czym bodaj najdobitniej świadczy sekwencja otwierająca, przypominająca kino nieme. Jeszcze zanim bohaterowie się do siebie odezwą – najpierw po francusku, a potem po angielsku – atmosfera w przedziale jest już ustalona i wyraźnie odczuwalna przez odbiorcę. Erotyzm aż bucha z kadru, choć nic nieprzyzwoitego w zasadzie się nie odbywa. Ot, spotkanie trojga atrakcyjnych osób.

To, że tak wiele rozgrywa się na poziomie optycznym, nie oznacza bynajmniej, że obraz dominuje nad dźwiękiem. Już Jerzy Toeplitz pisał w swojej entuzjastycznej recenzji dla „Kuriera Polskiego”, że to „komedia oparta na słowie i dowcipie ukrytym w misternych dialogach”. Wtórowała mu Maria Jehanne Wielkopolska, która w obszernym opracowaniu dzieła opublikowanym w „Kurierze Porannym” pisała o niedomówieniach zaklętych w rozmowach (dotyk Lubitscha co się zowie!). Nad Wisłą – i w ogóle w Europie – „Sztuka życia” przypadła do gustu publiczności i mediom. Co innego w USA. Tam utwór dziennikarze obsmarowali, przez co sale kinowe świeciły pustkami.

Ameryka nie poznała się na widowisku Lubitscha. Może protagonistka, z którą „dzieje się coś, co zwykle spotyka mężczyzn” – Gilda kocha dwóch facetów i z oboma dzieli łoże, ale zarazem bawi się ich uczuciami – nie miała szans na triumf w patriarchalnych latach trzydziestych? „Sztuka życia” – niemoralna, koncentrująca się na pozamałżeńskim seksie (a nawet stosunkach homoseksualnych, jeśli uznać, iż Tom i George też ze sobą sypiają), niepotępiająca zachowań bohaterów, a wręcz nagradzająca ich wspólnym finałem – przyczyniła się do powstania Legionu Przyzwoitości, którego obecność pomogła zaostrzyć cenzurę w 1934 roku.

Sztuka życia (1933)

Design for Living

PARAMOUNT PICTURES ● Reżyseria: Ernst Lubitsch ● Scenariusz: Ben Hecht ● Wykonawcy: Fredric March, Gary Cooper, Miriam Hopkins, Edward Everett Horton, Franklin Pangborn, Isabel Jewell, Jane Darwell i Wyndham Standing.

📅 29 grudnia 1933 roku ● 91 minut