Letni romans
Anna Todd odniosła sukces dzięki „After”, opublikowanej w 2013 roku za pośrednictwem platformy internetowej Wattpad prozy spod znaku fan fiction, która wciąż należy do najchętniej czytanych pozycji w serwisie. Nic zatem dziwnego, że na jednej książce się nie skończyło. W sumie powstało pięć części, które bardzo szybko zekranizowano. „After” (2019) Jenny Gage, „After 2” (2020) Rogera Kumble’a oraz „After. Ocal mnie” (2021), „After 4. Bez siebie nie przetrwamy” (2022) i „After 5. Na zawsze” (2023) – wszystkie trzy w reżyserii Castille Landon – były wprawdzie frekwencyjnymi hitami, przynajmniej wśród tak zwanych młodych dorosłych, ale zostały zmiażdżone przez krytykę dookoła globu.
Podobny los spotka zapewne omijający kina, a trafiający bezpośrednio do mediów strumieniowych „Ostatni wschód słońca” (2026), za kamerą którego stanęła Carlson Young, twórczyni mająca na koncie „Gorejący świat” (2021), „Pierwszą klasę” (2024) i „Zaufanie” (2025). To adaptacja oryginalnej powieści Todd, choć użyty tu epitet to najprawdopodobniej nadużycie, ponieważ w rzeczonej anegdocie nie ma bynajmniej niczego, co można by uznać za innowacyjne. To opowieść, jakich zarówno literatura, jak i kino wydały setki (albo i tysiące).
Oriah Pera lub po prostu Ry (Maia Reficco) to mieszkająca w Houston w Teksasie dwudziestoparolatka cierpiąca na stwardnienie guzowate, a więc rzadką, wielonarządową chorobę związaną z padaczką. Jako że jej stan z dnia na dzień się pogarsza, lekarze sugerują operację, która – o ile się powiedzie – ułatwiłaby jej życie. Sęk w tym, że jeśli coś się nie uda, dziewczyna straci pamięć, a to oczywiście nie wchodzi w grę.
Jej matka Isolde (Eva Longoria; autorka „Flamin’ Hot: Smaku sukcesu” z 2023 roku), zapracowana przedsiębiorczyni, która wiedzę na temat rynku nieruchomości ma w małym palcu, zabiera ją na rodzinną Majorkę, by tam, z dala od powszedniości, ale za to blisko plaż, zapewnić jej trochę odpoczynku. Kobieta chce, by córka regularnie brała leki, ale gdy panie docierają do Hiszpanii, Oriah – oczywiście w tajemnicy przed matuchną – przerywa terapię.
Jak twierdzi, brane pigułki ją otępiają. Lepszym rozwiązaniem są najwyraźniej spore dawki witaminy D, wytwarzanej przez skórę pod wpływem wszechobecnych promieni słonecznych, a także płomienny flirt z lokalnym Casanovą, czyli Juliànem Garcíą (Fernando Líndez), chłopakiem, który, owszem, nie znosi turystów, bo ich wszędobylstwo przyczynia się do degradacji wyspy oraz morskiej fauny (młodzieniec jest potomkiem rybaków z dziada pradziada), ale dla Ry robi wyjątek.

Tak mniej więcej kręci się reszta tej historii, której finał da się przewidzieć wraz z sekwencją otwierającą. Po drodze nie dzieje się nic wartego uwagi. Mimo iż główni bohaterowie pochodzą z dwóch różnych biegunów, Young nie jest szczególnie zainteresowana klasowymi rozbieżnościami. Jasne, on powie coś pogardliwego na temat przybyszów z zewnątrz, ona rzuci coś na usprawiedliwienie bogaczy inwestujących krocie w gospodarkę archipelagu Balearów na Morzu Śródziemnym, ale to w zasadzie wszystko. Tym, co dla reżyserki ma znaczenie, są na przykład ciała, idealnie wyrzeźbione, perfekcyjnie opalone. Można by w związku z tym pomyśleć, że namiętność aż wylewa się z ekranu. Nic podobnego. Young nie przekracza żadnych granic. Ba, ona się nawet do nich nie zbliża. Erotyzmu jest tu bowiem tyle, co kot napłakał. „Ostatni wschód słońca” to kolejny letni romans, i nie chodzi tu wcale o porę roku, a raczej o temperaturę wydarzeń.
W rozmowach prowadzonych przez Ry i Juliàna również nie ma sensu doszukiwać się głębi. Raz po raz trafi się tu jakaś aforystycznie wyrażona myśl, ale jeśli zastanowić się nad nią chwilę dłużej, okazuje się, że to zwyczajny banał (vide: „Moje ciało stało się moim wrogiem, a jednak wciąż jestem częścią tej Ziemi” lub „Ocean pozostaje niewzruszony na chorobę, życie czy śmierć”). Słowem: skrypt Anny Klassen, scenopisarki niedoświadczonej, ociera się o grafomanię, przez co ta co rusz wyciąga asa z rękawa, czyli zwroty akcji. Problem w tym, że te nie robią wrażenia. Ach, gdyby tylko protagoniści byli lepiej nakreśleni, a pomiędzy aktorami dałoby się wyczuć jakąkolwiek chemię (o ile Reficco jest całkiem niezła w swojej roli, o tyle Líndez wypada wprost fatalnie, a poza tym dużo ciekawsza jest wcielająca się w Amarę, recepcjonistkę i nową kumpelę Ry, Chloé Sweetlove).
Oglądając „Ostatni wschód słońca”, nie sposób nie zauważyć, że w rękach bardziej obeznanych z ruchomymi obrazami twórców wyszłoby z tego przyjemne wakacyjne kino. Koniec końców na poziomie treści widz dostaje wygenerowaną przez algorytm opowiastkę o pięknych ludziach, którzy zakochują się, by doświadczyć blasków i cieni miłości (padające w dialogach porównanie do losów Romea i Julii jest zwyczajnie nie na miejscu), a na gruncie wizualnym – wyrwaną z katalogu biura podróży reklamę Majorki. Jeśli ktoś po seansie kupi wycieczkę na wyspę, to i tak sukces.



